Fanfiction

One-shots

Serie własne

Pozwalał im obu karmić się kłamstwem

Musi być troszkę dramatu noo... Bardzo proszę o komentarze ( z cyklu czy ktoś to wgl czyta... )
Wymykał się. Bezszelestnie, niczym cień. Erwin widział zarys jego bosych stóp, gdy w środku nocy wręcz mechanicznie wymacywał nimi podłogę w poszukiwaniu butów. Butów, których nigdy nie ubierał w pokoju. Levi nie był głupi. Niepozorny. Skryty. Ale nie głupi. Był doświadczony. Nie popełniał błędów. Wiedział, jak iść,żeby deski nie zaskrzypiały zdradziecko pod jego nikłym ciężarem. Wiedział, kiedy chmury wędrujące po niebie zasłonią księżyc i gwiazdy, okrywając mrokiem ich pokój. Czuł, gdy sen blondyna stawał się głęboki, słyszał jednostajny oddech. Dostrzegał falujący ruch jasnej grzywki. I wychodził. Z butami w ręce, nocnych dresach i zbyt dużej bluzie. Ze spuszczoną głową, niczym przestępca. Drzwi nigdy go nie zdradziły, korytarz internatu zawsze był pusty. A okno otwarte, gotowe by przez nie wyskoczyć i zniknąć w czeluściach mrocznego dziedzińca. Blondyn zwykł odprowadzać go wzrokiem do drzwi. Znał Levi’a. Znał go najlepiej, choć nigdy nie znaczył to, że znał go dobrze. Przeczucie budziło go za każdym razem, gdy czarnowłosy odsuwał kołdrę. Oddychał głęboko, nie pozwalając swojemu ciału na żaden fałszywy, zdradzający jego świadomość ruch. I pozwalał im obu karmić się kłamstwem. Kłamstwem, które znikało wraz z nadejściem poranka. Poranka,który niósł za sobą przeszywające pikanie budzika i po którym następowało delikatnie cmoknięcie w czoło. Przywilej tego, który pierwszy opuści ciepłe i bezpieczne posłanie. Tego, który pierwszy stawi czoło zimnej i szarej rzeczywistości. Usta Levi’a zawsze były delikatne. A Erwin przyjmował je z pokorą, ciesząc się każdą ulotną sekundą. Pocałunek oznaczał obecność. Obecność, której braku sobie nie wyobrażał. I której zniknięcie nadeszło szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

- Erwin, czy wy zawsze wstajecie o 5 ?!
- Troche ciszej.... I nie my, tylko Levi.
Hanji przewróciła oczami i posłusznie przyśpieszyła kroku, gdy razem z Erwinem w iście partyzanckim stylu opuszczali mury szkoły. Blondyn nie patrzył na nią, szybko krocząc przed siebie ignorując wiatr siekący go po twarzy. Dziewczyna widziała jego zmarszczone brwi i zaciśnięte pięści. Był zły. Zaciśnięta szczęka. Był wściekły. I łzy lśniące w błękitnych oczach, zatrzymywane jedynie siłą woli. Był zdesperowany. Załamany. I gnał przed siebie, nie patrząc wstecz. Szukając go. Tego, przez którego wpadł dzisiaj niczym burza do jej pokoju i  wręcz błagał ją żeby mu pomogła. Tego, który znowu się wymknął. I który tym razem nie wrócił.
-Erwin...
Mijające ich samochody zlewały się w błękitnych. Już nawet nie słyszał ich szumu. Myślał. Myślał. Gorączkowo i nielogicznie. Odkąd budzik zadzwonił. Gdzie mógł pójść. Dlaczego nie wrócił. Przecież zawsze wracał. Do niego. Do nich.
-Erwin...
Wracał i cmokał go w czoło. A potem, gdy Smith odmawiał opuszczenia łóżka, sam kładł się obok niego i wtulał w jego tors. Pozwalając rzeczywistości poczekać jeszcze pięć minut. Oddając się w pełni ciepłym dłoniom wplatającym się w jego włosy i oddechowi owiewającemu jego policzki.
- Nosz kurwa! – Hanji z całej siły szarpnęła za kaptur bluzy chłopaka, brutalnie zmuszając go do odzyskania świadomości.
- Zatrzymaj sie choć na chwile i pomyśl. Łażenie bez celu i szukanie go gówno nam da. Gdzie mógł pójść, Erwin?
- Nie wiem! Nie rozumiesz, że ja nie wiem?! Myślę i myślę, szukam odpowiedzi. Ale jej nie ma. Nigdy nic nie mówił, gdzie chodzi, co robi.
- Przecież z nim mieszkasz od ponad pół roku! Pieprzycie sie do ciężkiej cholery!
Blondyn zatrzymał się w pół kroku, szeroko otwierając oczy. Czując drżenie rąk. Niczym w zwolnionym tempie odwrócił się w stronę zirytowanej okularnicy, której mokre włosy zdążyły obkleić całą twarz.
- Skąd ty...
- Naprawdę teraz chcesz o tym rozmawiać? – Zoe przewróciła oczami i posłała mężczyźnie otrzeźwiające spojrzenie. Erwin przejechał palcami po twarzy i zrezygnowany oparł się o stojącą obok latarnię. Bezwiednie rozejrzał się po otaczających ich budynkach. Centrum miasta powoli budziło się do życia, samochody gnały w różnych kierunkach, a światła zdawały się przygasać. I wtedy go zobaczył. Czarną, pędzącą po pustym chodniku smugę. I dwie inne, podążające jego śladem. Niczym łowcy za zwierzyną. Jego kruczoczarne włosy opadały mu na oczy, gdy na wpół ślepo gnał przed siebie. Był przemoczony, Erwin widział jak woda spływa po rękawach jego bluzy. Chwilę później dostrzegł też jego oczy. Nieumiejące już dłużej chować emocji. Przerażone. Dzikie. Płynące z nich łzy mieszały się z deszczem na jego policzkach. Wreszczcie dostrzegające Erwina i Hanji. Nieznany wcześniej blondynowi cień przemknął po twarzy bruneta. Cień, za którym krył się jedynie niepohamowany smutek. Levi wręcz zrównał się ze Smithem, gdy do uszu całej trójki doszedł szczęk magazynka i zduszony rozkaz.
Teraz.
Levi był szybszy. Nie dużo. Ale wystarczająco. Wystarczająco by rozpaczliwe rzucić się w bok, osłaniając blondyna. Wystarczająco, by skierowane w Erwina kule przeszyły jego ciało, nie wyrządzając zaskoczonemu mężczyźnie żadnej krzywdy. Wystarczająco, by ochronić serce, które w tej chwili biło tylko dla niego. Levi poczuł, jak świat diametralnie zwalnia. Jego tors przeszył jednostajny ból, tak silny, że nic innego zdawało się do niego nie docierać. Czuł, jak ciepła krew spływa po jego brzuchu i nagle zauważył, że ktoś go trzyma. Nie pamiętał, kiedy silne ręce złapały jego ciało. Liczył się tylko ten błękit. Błękit na tle szarego nieba. Chciał go dotknąć. Tak desperacko chciał jeszcze raz poczuć go pod swoimi palcami. Które odmówiły mu posłuszeństwa. I w które nagle wplotły się inne. Te niosące dziwne ukojenie. Jakiś głos odezwał się echem w jego głowie,z całych sił próbując przebić się do jego świadomości. I wtedy do niego dotarło. Dotarło, dlaczego to zrobił. Dlaczego uciekał. I dlaczego za nic w świecie nie może utonąć w tym błękicie. Błękicie, który stopniowo zaczynał blaknąć, zmieniając się w jednostajną czerń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz