Wymykał się. Bezszelestnie, niczym cień. Erwin widział
zarys jego bosych stóp, gdy w środku nocy wręcz mechanicznie wymacywał nimi
podłogę w poszukiwaniu butów. Butów, których nigdy nie ubierał w pokoju. Levi nie
był głupi. Niepozorny. Skryty. Ale nie głupi. Był doświadczony. Nie popełniał
błędów. Wiedział, jak iść,żeby deski nie zaskrzypiały zdradziecko pod jego
nikłym ciężarem. Wiedział, kiedy chmury wędrujące po niebie zasłonią księżyc i
gwiazdy, okrywając mrokiem ich pokój. Czuł, gdy sen blondyna stawał się
głęboki, słyszał jednostajny oddech. Dostrzegał falujący ruch jasnej grzywki. I
wychodził. Z butami w ręce, nocnych dresach i zbyt dużej bluzie. Ze spuszczoną
głową, niczym przestępca. Drzwi nigdy go nie zdradziły, korytarz internatu
zawsze był pusty. A okno otwarte, gotowe by przez nie wyskoczyć i zniknąć w
czeluściach mrocznego dziedzińca. Blondyn zwykł odprowadzać go wzrokiem do
drzwi. Znał Levi’a. Znał go najlepiej, choć nigdy nie znaczył to, że znał go
dobrze. Przeczucie budziło go za każdym razem, gdy czarnowłosy odsuwał kołdrę.
Oddychał głęboko, nie pozwalając swojemu ciału na żaden fałszywy, zdradzający
jego świadomość ruch. I pozwalał im obu karmić się kłamstwem. Kłamstwem, które
znikało wraz z nadejściem poranka. Poranka,który niósł za sobą przeszywające
pikanie budzika i po którym następowało delikatnie cmoknięcie w czoło.
Przywilej tego, który pierwszy opuści ciepłe i bezpieczne posłanie. Tego, który
pierwszy stawi czoło zimnej i szarej rzeczywistości. Usta Levi’a zawsze były
delikatne. A Erwin przyjmował je z pokorą, ciesząc się każdą ulotną sekundą.
Pocałunek oznaczał obecność. Obecność, której braku sobie nie wyobrażał. I
której zniknięcie nadeszło szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
- Erwin, czy wy zawsze wstajecie o 5 ?!
- Troche ciszej.... I nie my, tylko Levi.
Hanji przewróciła oczami i posłusznie przyśpieszyła kroku,
gdy razem z Erwinem w iście partyzanckim stylu opuszczali mury szkoły. Blondyn
nie patrzył na nią, szybko krocząc przed siebie ignorując wiatr siekący go po
twarzy. Dziewczyna widziała jego zmarszczone brwi i zaciśnięte pięści. Był zły.
Zaciśnięta szczęka. Był wściekły. I łzy lśniące w błękitnych oczach,
zatrzymywane jedynie siłą woli. Był zdesperowany. Załamany. I gnał przed
siebie, nie patrząc wstecz. Szukając go. Tego, przez którego wpadł dzisiaj
niczym burza do jej pokoju i wręcz błagał
ją żeby mu pomogła. Tego, który znowu się wymknął. I który tym razem nie
wrócił.
-Erwin...
Mijające ich samochody zlewały się w błękitnych. Już
nawet nie słyszał ich szumu. Myślał. Myślał. Gorączkowo i nielogicznie. Odkąd
budzik zadzwonił. Gdzie mógł pójść. Dlaczego nie wrócił. Przecież zawsze wracał.
Do niego. Do nich.
-Erwin...
Wracał i cmokał go w czoło. A potem, gdy Smith odmawiał
opuszczenia łóżka, sam kładł się obok niego i wtulał w jego tors. Pozwalając
rzeczywistości poczekać jeszcze pięć minut. Oddając się w pełni ciepłym dłoniom
wplatającym się w jego włosy i oddechowi owiewającemu jego policzki.
- Nosz kurwa! – Hanji z całej siły szarpnęła za kaptur
bluzy chłopaka, brutalnie zmuszając go do odzyskania świadomości.
- Zatrzymaj sie choć na chwile i pomyśl. Łażenie bez celu
i szukanie go gówno nam da. Gdzie mógł pójść, Erwin?
- Nie wiem! Nie rozumiesz, że ja nie wiem?! Myślę i myślę,
szukam odpowiedzi. Ale jej nie ma. Nigdy nic nie mówił, gdzie chodzi, co robi.
- Przecież z nim mieszkasz od ponad pół roku! Pieprzycie
sie do ciężkiej cholery!
Blondyn zatrzymał się w pół kroku, szeroko otwierając
oczy. Czując drżenie rąk. Niczym w zwolnionym tempie odwrócił się w stronę
zirytowanej okularnicy, której mokre włosy zdążyły obkleić całą twarz.
- Skąd ty...
- Naprawdę teraz chcesz o tym rozmawiać? – Zoe przewróciła
oczami i posłała mężczyźnie otrzeźwiające spojrzenie. Erwin przejechał palcami
po twarzy i zrezygnowany oparł się o stojącą obok latarnię. Bezwiednie
rozejrzał się po otaczających ich budynkach. Centrum miasta powoli budziło się
do życia, samochody gnały w różnych kierunkach, a światła zdawały się przygasać.
I wtedy go zobaczył. Czarną, pędzącą po pustym chodniku smugę. I dwie inne,
podążające jego śladem. Niczym łowcy za zwierzyną. Jego kruczoczarne włosy
opadały mu na oczy, gdy na wpół ślepo gnał przed siebie. Był przemoczony, Erwin
widział jak woda spływa po rękawach jego bluzy. Chwilę później dostrzegł też
jego oczy. Nieumiejące już dłużej chować emocji. Przerażone. Dzikie. Płynące z
nich łzy mieszały się z deszczem na jego policzkach. Wreszczcie dostrzegające
Erwina i Hanji. Nieznany wcześniej blondynowi cień przemknął po twarzy bruneta.
Cień, za którym krył się jedynie niepohamowany smutek. Levi wręcz zrównał się
ze Smithem, gdy do uszu całej trójki doszedł szczęk magazynka i zduszony
rozkaz.
Teraz.
Levi był szybszy. Nie dużo. Ale wystarczająco.
Wystarczająco by rozpaczliwe rzucić się w bok, osłaniając blondyna.
Wystarczająco, by skierowane w Erwina kule przeszyły jego ciało, nie
wyrządzając zaskoczonemu mężczyźnie żadnej krzywdy. Wystarczająco, by ochronić serce, które w tej chwili biło tylko dla niego. Levi poczuł, jak świat
diametralnie zwalnia. Jego tors przeszył jednostajny ból, tak silny, że nic
innego zdawało się do niego nie docierać. Czuł, jak ciepła krew spływa po jego
brzuchu i nagle zauważył, że ktoś go trzyma. Nie pamiętał, kiedy silne ręce
złapały jego ciało. Liczył się tylko ten błękit. Błękit na tle szarego nieba. Chciał
go dotknąć. Tak desperacko chciał jeszcze raz poczuć go pod swoimi palcami.
Które odmówiły mu posłuszeństwa. I w które nagle wplotły się inne. Te niosące
dziwne ukojenie. Jakiś głos odezwał się echem w jego głowie,z całych sił
próbując przebić się do jego świadomości. I wtedy do niego dotarło. Dotarło,
dlaczego to zrobił. Dlaczego uciekał. I dlaczego za nic w świecie nie może
utonąć w tym błękicie. Błękicie, który stopniowo zaczynał blaknąć, zmieniając się w
jednostajną czerń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz