Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana ... ErwinxLevi cz.2

Hanji wpadła do szpitalnego pokoju i igorując Erwina natychmiast przyjrzała się nieprzytomnemu kapralowi. Blondyn starał się zachować kamienną twarz, gdy kobieta dokładnie obejrzała twarz mężczyzny, delikatnie zmierzyła puls i zmieniła okład, który niepokojąco szybko wyschnął. Jednak,mimo usilnych prób zachowania obojętnego tonu, jego głos zadrżał lekko gdy wypowiedział pytanie.
-Co ty mu podałaś ? – Hanji, najwyraźniej wyrwana z jednego ze swoich toków myślowych, przez chwilę błądziła wzrokiem po twarzy Erwina, by zatrzymać się na jego oczach. Oczach, w których widać było autentyczną troskę. I coś jeszcze. Coś , na widok czego Zoe poczuła nieprzyjemny dreszcz na swoich plecach. We wzroku dowódcy czaił się strach. Postanowiła nie trzymać go dużej w niepewności i na głos przedstawiła swoją diagnozę.
- To co zawsze na ból. Tylko, że u niego wystąpiła reakcja alergiczna.
- Jak to ? Nie dostawał tego wcześniej ?
Hanji pokiwała przecząco głową.
- Czy on kiedykolwiek pozwalał sobie coś podać. Gdyby nie był tak uparty to wiedziałabym wcześniej,a tak ... – Erwin czuł, że kobieta nie mówi mu wszystkiego. Jej wzrok był rozbiegany, zwykle pewna swoich obserwacji teraz zdawała się kroczyć we mgle. Posłał jej otrzeźwiające spojrzenie i gestem nakazał mówienie dalej. Gestem, który nie oznaczał prośby, lecz rozkaz. Okularnica wzięła głębszy oddech, słowa grzęzły jej w gardle, jakby niewidzialna ręka trzymała ją za język. Gdy wreszcie wydusiła z siebie dławiące obawy, jej głos brzmiał nie głośniej od szeptu.
- Dałam mu podwójną dawkę. Cholera, zawsze był nie do tknięcia...
Erwin ukrył twarz w dłoniach. Głównie, by zamaskować wściekły grymas, który mimowolnie wykrzywił jego twarz. Wziął kilka głębokich oddechów, pozwalając pulsowi  i nerwom się uspokoić. Gdy na powrót opuścił dłonie, jego postawa wyrażała jedynie determinację, a głos brzmiał spokojnie i rzeczowo.
- Masz coś co zniweluje działanie tego środka ? I zbije jego gorączkę ? – blondyn podszedł do nieprzytomnego kaprala i ponownie zmienił okład. Hanji tymczasem szybko doskoczyła do jednej z metalowych szafek i zaczęła szukać czegoś w jej wnętrzu. Po chwili wróciła z małą buteleczką szarej mazi, jednak jej mina nie zwiastowała sukcesu w poszukiwaniach. Widząc, że Erwin nie pozwoli jej tknąć Leviego bez dokładnie wyłożonych zamiarów, ujawniła swoje obawy.
- Nie wiem jak jego ciało zareaguje na inne leki, Erwin. To co mu podałam jest najbezpieczniejszym z moich środków. Każda kolejna substancja może okazać się zabójcza. Już teraz jego ciało się buntuje. Trzeba dać mu czas.
- Chcesz przez to powiedzieć że nic nie możesz zrobić ? Mamy czekać ?
- Tak.
Niebieskie oczy zamierzały cisnąć iskry nienawiści, jednak gdy napotkały zrozpaczony wzrok kobiety natychmiast dały sobie spokój. Złość nic teraz nie da. Bo teraz najważniejszą rzeczą jest czarnowłosa postać spoczywająca obok niego. Bez słowa odwrócił się od Hanji i wziął małego człowieka na ręce, czując się jakby dźwigał szmacianą lalkę. Bez życia. Przez chwilę miał straszne wrażenie, że klatka piersiowa kaprala przestała się unosić. Ta chwila wystarczyła, by poczuł bolesne ukłucie w sercu. Właściwie nie wiedział, dlaczego tak emocjonalnie reaguje na stan kaprala. Odpędził od siebie złe myśli i udał się w stronę swojej kwatery. Zaskoczona Zoe pobiegła za nim z pytaniem, co właściwie zamierza zrobić.
- Nie będzie przecież tutaj leżał. Zostanie u mnie, zajmę się nim. Ty tutaj znasz się na chorobach, ile to może potrwać ?
Odpowiedź, że nigdy nic nie wiadomo bynajmniej go nie zadowoliła. Hanji przytrzymała mu drzwi, gdy razem z gorączkującym Levim wychodzili na pełen ludzi dziedziniec. Niestety, pokój dowódcy był w innej kondygnacji zamku, przez co spacer wśród zaciekawionych spojrzeń kadetów był nieunikniony. Kątem oka zauważył zgarbioną postać Erena, która stojąc w cieniu jednego z drzewek posadzonych na dziedzińcu uważnie śledziła każdy ruch blondyna. W oczach chłopaka widział błysk niepokoju. Uśmiechnął się blado w duchu.
Jednak nie wszyscy życzą ci tak źle, jak myślisz.

Wreszcie ciągnący się w nieskończoność spacer wśród wielu par oczu dobiegł końca i mrok korytarza zasłonił mężczyzn, szybko znikających we wnętrzu budynku.Erwin zwolnił odrobinę, poprawiając uchwyt na ciele chorego. Przez chwilę przyglądał się jego twarzy. Bladej skórze, mocno zaciśniętych powiekach. Lekko rozchylonych ustach. Chyba od bardzo dawna nie wykrzywianych przez zniesmaczony grymas. Wreszcie dotarł do swojego pokoju i ze zdziwieniem stwierdził, że Hanji nie ma u jego boku. Nie miał pojęcia, kiedy go opuściła, chociaż w danym momencie specjalnie go to nie obchodziło. Najdelikatniej jak mógł ułożył Leviego na swoim łóżku. Zmienił okład. Zdjął nieprzytomnemu buty i cisnął gdzieś w kąt. Wiedział, że gdyby czarnowłosy to widział to jego obraza nie miałaby końca. Erwin westchnął i otworzył jedno z dużych okien, pozwalając by letnie powietrze wpełznęło do jego kwatery. Czarne włosy Leviego delikatnie zafalowały pod jego wpływem.  Wyższy z mężczyzn przyglądał się temu przez chwilę, by znowu zgromić się w myślach za swoje niedorzeczne zachowanie. Nie powinien, po prostu nie powinien tak patrzeć na kaprala.  Nie powinnien aż tak się nim przejmować. Nie bardziej niż swoim podwładnym. Nie bardziej niż przyjacielem. Przyjacielem.  Powoli podszedł do chorego i odgarnął mu kilka niesfornych kosmyków z czoła. Gorączka wciąż rosła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz