Fanfiction

One-shots

Serie własne

Zakrwawione płaszcze cz.1

Dobra, napisane. Oczywiście, to dopiero pierwsza część. Opowiadanko pisane na zamówienie, więc mam nadzieje, że choć troszkę spełnia oczekiwania :)


Levi nie zwykł się martwić. Nie dlatego, że nie dopuszczał do siebie myśli o porażce. Wręcz przeciwnie, od wielu lat zwiadowcy zdawali sie być na nią skazani. Każda wyprawa kończyła się śmiercią, każdy ich powrót nagradzany był szeptami nienawistnego tłumu. Każdy ruch pociągał za soba falowanie zakrwiawionego płaszcza. Levi przywykł do porażki. Akceptował, gdy nadeszła. Nigdy wcześniej. I tylko wtedy, gdy wiedział, że zrobił wszystko, by jej uniknąć. Dlatego teraz nerwowo kuśtykał po pokoju, raz po raz spoglądając w okno. Bo nie był tam, gdzie powinien być. Nie czuł znajomego ciężaru ostrzy na swoich biodrach. Pasy manewru nie oplatały jego ciała. Noga po piątym okrążeniu zaczynała nieprzyjemnie mrowić. A Erwin nie wracał. Brunet zacisnął zęby i ciężko opadł na stojące obok krzesło, które zaskrzypiało jawnie prostestując. Nie chciał zostawać. Nie miał zamiaru siedzieć wygodnie, gdy ich wreszcie ujawniony wróg zwiewał z jedyną przewagą jaką mieli. Nawet, jeżeli przewaga ta była denerwującym, pełnym ambicji i i irytująco porywczym nastolatkiem. Levi prychnął,a jego usta uformowały się w coś na kształt uśmiechu. Jak tylko wrócą, skopie Erena za to, że dał się porwać w tak nieodpowiednim momencie. Jak tylko wrócą. Bo wrócą. Nie wszyscy. Ale wrócą. On wróci. Bez słowa, jedynie ze skinieniem głowy. Z łagodnym uśmiechem na zmęczonej i zakrwawionej twarzy. Z falującym na czerwono płaszczem. I zostanie na dziedzińcu, pomagając rannym i sumując zmarłych. Sprawdzając stan sprzętu i ilość uratowanych zapasów. Odgarniając lepiące się od potu włosy. I świadomie zerkając w jego stronę, upewniając się, że tam jest. Że czeka, aż wszystko się skończy. A gdy się kończy, że idzie z nim do jego pokoju. Pomaga zdjąć sztywny od krwi płaszcz. Stanowczo zbyt brudną kurtkę. Powoli rozepnie guziki koszuli, odsłaniając naznaczony bliznami tors i pozwalając mu zrobić to samo. Bez pośpiechu, bez wstydu. Jak zawsze gdy wracali. Levi nie chciał, by to się zmieniało. Bał się tej zmiany. I dlatego się martwił. Martwił się, zaciskając pięści i wciąż spoglądając w okno. Mimo prób, od jakiegoś czasu nie umiał zająć myśli czymś innym. Cała papierkowa robota była gotowa, a do innej się nie nadawał. Więc czekał. A gdy odezwały się dzwony, odetchnął z ulgą i z wiecznie niezadowoloną miną zaczął kuśtykać po schodach prowadzących na dziedziniec. Mijając kolejne okiennice widział powoli zbierający się w dole tłum. Migające w nim znajome twarze. Słyszał rżenie koni i odgłos podskakujących na bruku drewnianych kół. I znowu zaczął się martwić. Bo jednej twarzy nie było pośród tłumu. Jeden płaszcz nie powiewał na przedzie. A siwy koń nie drobił w miejscu i nie parskał nerwowo w odpowiedzi na coraz gęstsze zbiegowisko. Brunet przyśpieszył kroku, ignorując drętwiejącą nogę i niemalże zsuwając się po stromych, kamiennych stopniach. Wreszcie dotarł na sam dół i zmuszają się do przybrania standardowego wyrazu twarzy pchnął wielkie, dębowe drzwi. Słońce natychmiast poraziło go w oczy, nie pozwalając mu skupić wzroku.  A gdy dał radę to zrobić, zobaczył go. Nie na siwku i nie na przedzie. Ale widział go. Widział jego oczy, mimo zmęczenia wciąż koloru nieba. Widział przesiąknięty płaszcz, choć nie na plecach,a owinięty wokół jego prawej ręki. Jedynie dla kłamstwa. Bo Levi zobaczył. Nie od razu, i na pewno nie do końca wierząc swoim oczom. Ale zobaczył ten cholerny płaszcz. Owiniety na ręce, której tam nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz