Levi nie zwykł się martwić. Nie dlatego, że nie dopuszczał
do siebie myśli o porażce. Wręcz przeciwnie, od wielu lat zwiadowcy zdawali sie
być na nią skazani. Każda wyprawa kończyła się śmiercią, każdy ich powrót
nagradzany był szeptami nienawistnego tłumu. Każdy ruch pociągał za soba
falowanie zakrwiawionego płaszcza. Levi przywykł do porażki. Akceptował, gdy
nadeszła. Nigdy wcześniej. I tylko wtedy, gdy wiedział, że zrobił wszystko, by
jej uniknąć. Dlatego teraz nerwowo kuśtykał po pokoju, raz po raz spoglądając w
okno. Bo nie był tam, gdzie powinien być. Nie czuł znajomego ciężaru ostrzy na
swoich biodrach. Pasy manewru nie oplatały jego ciała. Noga po piątym okrążeniu
zaczynała nieprzyjemnie mrowić. A Erwin nie wracał. Brunet zacisnął zęby i
ciężko opadł na stojące obok krzesło, które zaskrzypiało jawnie prostestując. Nie
chciał zostawać. Nie miał zamiaru siedzieć wygodnie, gdy ich wreszcie ujawniony
wróg zwiewał z jedyną przewagą jaką mieli. Nawet, jeżeli przewaga ta była
denerwującym, pełnym ambicji i i irytująco porywczym nastolatkiem. Levi prychnął,a jego usta uformowały się w coś na kształt uśmiechu. Jak tylko wrócą, skopie Erena za to, że dał się porwać
w tak nieodpowiednim momencie. Jak tylko wrócą. Bo wrócą. Nie wszyscy. Ale
wrócą. On wróci. Bez słowa, jedynie ze skinieniem głowy. Z łagodnym uśmiechem na
zmęczonej i zakrwawionej twarzy. Z falującym na czerwono płaszczem. I zostanie
na dziedzińcu, pomagając rannym i sumując zmarłych. Sprawdzając stan sprzętu i
ilość uratowanych zapasów. Odgarniając lepiące się od potu włosy. I świadomie
zerkając w jego stronę, upewniając się, że tam jest. Że czeka, aż wszystko się
skończy. A gdy się kończy, że idzie z nim do jego pokoju. Pomaga zdjąć sztywny
od krwi płaszcz. Stanowczo zbyt brudną kurtkę. Powoli rozepnie guziki koszuli,
odsłaniając naznaczony bliznami tors i pozwalając mu zrobić to samo. Bez
pośpiechu, bez wstydu. Jak zawsze gdy wracali. Levi nie chciał, by to się
zmieniało. Bał się tej zmiany. I dlatego się martwił. Martwił się, zaciskając
pięści i wciąż spoglądając w okno. Mimo prób, od jakiegoś czasu nie umiał zająć
myśli czymś innym. Cała papierkowa robota była gotowa, a do innej się nie nadawał.
Więc czekał. A gdy odezwały się dzwony, odetchnął z ulgą i z wiecznie
niezadowoloną miną zaczął kuśtykać po schodach prowadzących na dziedziniec.
Mijając kolejne okiennice widział powoli zbierający się w dole tłum. Migające w
nim znajome twarze. Słyszał rżenie koni i odgłos podskakujących na bruku
drewnianych kół. I znowu zaczął się martwić. Bo jednej twarzy nie było pośród
tłumu. Jeden płaszcz nie powiewał na przedzie. A siwy koń nie drobił w miejscu
i nie parskał nerwowo w odpowiedzi na coraz gęstsze zbiegowisko. Brunet
przyśpieszył kroku, ignorując drętwiejącą nogę i niemalże zsuwając się po
stromych, kamiennych stopniach. Wreszcie dotarł na sam dół i zmuszają się do
przybrania standardowego wyrazu twarzy pchnął wielkie, dębowe drzwi. Słońce
natychmiast poraziło go w oczy, nie pozwalając mu skupić wzroku. A gdy dał radę to zrobić, zobaczył go. Nie na
siwku i nie na przedzie. Ale widział go. Widział jego oczy, mimo zmęczenia
wciąż koloru nieba. Widział przesiąknięty płaszcz, choć nie na plecach,a
owinięty wokół jego prawej ręki. Jedynie dla kłamstwa. Bo Levi zobaczył.
Nie od razu, i na pewno nie do końca wierząc swoim oczom. Ale zobaczył ten
cholerny płaszcz. Owiniety na ręce, której tam nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz