Znudzenie
Kruk był znudzony. Późne popołudnia w zamku co prawda
nigdy nie należały do szczególnie emocjonujących, jednak dzisiejsze było
wyjątkowo powolne i męczące.
Przedpołudniowe ćwiczenia minęły zbyt szybko, a popołudniowe zostały
odwołane z powodu wizyty żandarmerii. Na której to wizycie Levi spędził, nie
licząc, około 10 minut. Wychodząc z niej, czuł spojrzenie Erwina na swoim
karku. Cóż, zwiadowca podejrzewał że danie w pysk jednemu z żandarmów zza Siny
nie przysporzy mu aprobaty władz oraz dowódcy. Erwin odpuści mu to, jednak jego potępiający wzrok był jednym z
bardzo ograniczonej liczby czynników które budziły w Levim coś na kształt
poczucia winy. Kapral westchnął przeciągle i ruszył w stronę okna, taskując
idealny porządek panujący w pomieszczeniu. Mimo całej pedantyczności i oschłego
stylu bycia można zaryzykować stwierdzenie, że kwatera kruka była urządzona
wręcz przytulnie. Dwie ściany całkowicie zasłaniały regały pełne równo
ułożonych książek i zwiniętych w rulony map, podzielonych na tereny Marii,
Rosy, Siny i znanych zwiadowcom terenów poza murami. Ścianę, przy której stało
podwójne rzeźbione łóżko prawie w całości zasłaniał wyblakły gobelin, niegdyś
przedstawiający scenę polowania. Tuż obok
łożka stał, również rzeźbiony, mały stolik, na którym znajdowały się idealnie
wypolerowane skrzypce. Choć nikt nigdy
nie widział, by kapral kiedykolwiek je dotykał, a co dopiero na nich grał,
instrument był zawsze nastrojony, a smyczek nawoskowany. Na przeciw wejścia znajdowało się duże okno
wraz z drzwiami na mały balkon. Wzdłuż niego stało duże biurko, na którym
leżały posegregowane korespondencje oraz osobiste notatki. Levi mechanicznie
poprawił jedyny krzywo leżący list i nieśpiesznie wyszedł na zewnątrz. Popołudniowe słońce przyjemnie ogrzewało jego
skórę, mimo środka jesieni dni wciaż były ciepłe i pogodne. Mężczyna ruchem
głowy przepędził niesforne kosmyki włosów znad oczu, notując przy tym w
myślach, że musi je podciąć. Przez
chwilę dumał, czy nie zrobić tego od razu, jednak jego myśli zaprzątnęły się
obrazkiem, który rozgrywał się na polu treningowym. Jak widać, nie tylko on zdecydował się zerwać
z oficjalnego spotkania. Słyszał
charakterystyczny syk gazu, gdy Eren wraz z Mikasą ścigali się po polu
treningowym używając trójwymiarowego manewru.
Levi miał zamiar solidnie ich
prześwięcić za marnowanie zapasów gazu, jednak w danym momencie postanowił po
prostu patrzeć. Wprawne oko dostrzegało
każdy ruch postaci, rejstrowało zawachania i przewidywało kolejne sekwencje.
Mikasa miała wrodzony talent, jednak dzięki treningom Eren w niczym jej nie
ustępował. Tym razem na trening wzięli
nie tradycyjne ostrza,a utwardzane drewniane zamienniki. Nie trenowali do walki
z tytanami, lecz z innymi ludźmi. Levi dostrzegł, że Mikasa za każdym razem waha
się przed uderzeniem, jakby nie była pewna czy Eren zdoła je odbić. Często też
zdawała się dawać mu fory. Eren w
porównaniu do niej w każdy atak wkładał maksimum siły i precyzji, na jaką było
go stać. Dzięki stałym ćwiczeniom z dziewczyną umiejętnościami w boju
dorównywał zwiadowcom z naturalnymi predyspozycjami. Dlatego też denerwowało
go, że Mikasa wciąż się o niego boi.
Czuł, że przez jej pozorowane ataki nie wykorzytuje całkowicie swojego
potencjału, bo zdaje sobie sprawę, że małe błędy nie zrobią na nim różnicy.
Przez co wiele jego odruchów zakorzeniło się w jego stylu walki, odsłaniając
jego słabe strony. Dokładnie w tym
momencie popełnił kolejny z błędów, gdy uderzając prawym ostrzem pozwolił lewej
ręce opaść, odsłaniając przy tym całkowicie szyję i połowę klatki
piersiowej. Cel był aż nazbyt jasny,
jednak Mikasa celowo udawała, że nic nie zauważyła. Levi przyglądał się jeszcze
chwil na młodych żołnierzy, którzy w swoim tańcu przypominali kukiełki
poruszane przez wiatr. Już miał zamiar
wrócić do środka i dokonczyć zaczęty wcześniej list do podwładnych, gdy
zauważył, że Mikasa, chybiąc celowo, pozwala Erenowi uderzyć w, również celowo,
swój obnażony brzuch. Tym razem w mężczyźnie coś tknęło. Jego dusza
perfekcjonisty nie tolerowała podobnego zachowania. Praktycznie z miejca podskoczył, odbił się
stopą od framugi okna i zrobił salto w tył, przeskakując przez poręcz i za
pomocą trójwymiarowego manewru kierując się w stronę pola treningowego. Głuche uderzenia orężów młodych, przerywane
odgłosem wystrzeliwanego gazu i szczękiem metalowych linek skutecznie
zagłuszyły kaprala, który niczym cień przemknął między atrapami tytanów i wpadł
w środek toczącej się zażartej walki. Wpadając
w charakterystyczny dla siebie ruch wirowy i obracając jedno ostrze do dołu
przeciął linki obojga walczących i beznamiętnie patrzył, jak na ich twarzach
maluje się zaskoczenie. Po chwili ustapiło ono miejca grymasowi bólu, gdy oboje
gruchnęli z impetem o ziemię. Eren zdołał przetoczyć się na bark, dzięki
czemu uderzenie, mimo iż cholernie bolesne, nie uszkodziło go w znaczącym
stopniu. Jednak Mikasa nie miała tyle szczęścia, jej ciało uderzyło o ziemię
biodrem, następnie pęd przerzucił ją na plecy, skutecznie pozbawiając tchu na
dłuższą chwilę. Jedno z jej drewnianych ostrzy,łamiąc się podczas upadku,
drasnęło ją w ramię, pozostawiając głęboką szramę. Krew powoli sączyła się z
niej i wsiąkała w trawę, gdy dziewczyna, wciąż leżąc na plecach i łapiąc oddech
myślała nad najbardziej bolesną śmiercią dla sprawcy upadku. Tymczasem Eren
powoli podniósł się z ziemi i zasłaniając ręką rażące go słońce skierował wzrok
na wiszącego nad nim mężczyznę.
- Kapralu, z cały szacunkiem, ale CO DO KURWY ?!
Levi zmrużył oczy, w których pojawiły się gniewne błyski. Odpiął
liny i opadł tuż przed nosem wściekłego
chłopaka. Przez chwilę mierzył go
wzrokiem, po czym robiąc półobrót kopnął go w szczękę, obcasem oficerek
rozcinając mu wargę i przywracając do pozycji leżącej. Wyczuwając ruch za sobą, nie tracąc impetu
zamachnął się i trafił Mikasę z łokcia prosto w splot słoneczny. Zaskoczona
dziewczyna ponownie straciła ledwo co odzyskany oddech i chwiejąc się usiadła
na piętach, kuląc się żałośnie. Z jej
nosa leniwie wyciekła stróżka krwi. Mężczyzna cofnął się kilka kroków,
pozwalając młodym powoli dojść do siebie i czekając, jak ustawią się przed nim
w pozycji na baczność. Oboje patrzyli mu
prosto w oczy, jednak ich spojrzenia różniły się od siebie. Chłopak patrzył na niego z pokorą, podczas
gdy w oczach dziewczyny skrzyła się czysta i niepohamowana n i e n a w i ś ć.
- Pierwsza lekcja była za używanie sprzętu bez pozwolenia.
Druga za brak szacunku względem przełożonego – Levi niedbałym ruchem odpiął
klamrę, pozwalając sprzętowi do trójwymiarowego manewru zsunąć się z jego
bioder.
- Do trzech razy sztuka. Mikasa, siadaj i nie wtrącaj się.
Dla zachęty dodam że każda interwencja skończy się karą dla tego gówniarza.
Eren, zdejmij sprzęt do manewru i podaj mi jedno z drewnianych ostrzy.
Para posłusznie wypełniła rozkazy, czując , jak spojrzenie
kaprala wpija się w ich karki niczym zęby krwiożerczej bestii. Mężczyzna czekał aż wypełnią jego polecenie
po czym zdjął kurtkę i żabot, złożył w idealną kostkę i położył obok swojego
sprzętu. Odebrał oręż od Erena,wskazując
mu jego końcem miejce w niewielkiej odległości od siebie.
- Walka używając trójwymiarowego manewru jest prosta.
Taka, w której dodatkowo dostajesz fory jest wręcz idiotyczna. Tytani to jedno, jednak gdy walczysz z ludźmi
musisz przede wszystkim umieć poruszać się w parterze – nie podnocząc głosu ani
nie zmieniajac tonu ani o nutę Levi zaatakował cięciem z góry, zmuszając
zaskoczonego chłopaka do rozpaczliwej obrony.
Eren zachwiał się, całym zapasem sił blokując potężne cięcie
przeciwnika. Nie miał czasu na kontratak, kapral atakował niczym wąż. Cięcia spadały niczym grad, chłopak mimo
starań nie dawał rady zablokować wszystkich. Wreszcie jedno z nich okazało się
zbyt silne, nagły skurcz mięśni powodowany bólem sprawił, że broń wypadła Erenowi z ręki a on sam zatoczył się i
upadł na kolana. Ataki ustały. Levi
cofnał się o kilka kroków, pozwalając chłopakowi wstać i zabrać drewnianą
atrapę.
- Szybkość to jedno, precyzja to drugie. Jednak
najważniejszą rzeczą jest znaleźć słabe punkty swojego przeciwnika. Nie skupiaj
się na atakach, szukaj luk w postawie ciała, balansowaniu podczas uderzeń,
nawet częstotliwości oddechów. Jeszcze raz. Mikasa, zrób 10 kółek wokół całego
placu.
- Dlaczego ?
- Jak skończysz to doprowadź sprzęt swój i Erena do
porządku. Dzisiaj się wam już nie przyda.
Dziewczyna posłusznie wstała, rzuciła w stronę mężczyzny
spojrzenie godne seryjnego mordercy i oddaliła się energicznym truchtem. Levi nie zaszczycił jej spojrzeniem,
natychmiast ustawił się naprzeciw chłopaka, jednak tym razem pozwolił mu się
przygotować do ataku. Ich ruchy były
wyważone, precyzyjne. Kapral atakował wolniej i dokładniej, dając chłopakowi
czas na reakcję. Eren zgodnie z zaleceniem próbował doszukać się w ruchach
mężczyzny błędów, mimo iż nie spodziewał się żadnych po najwybitniejszym ze
zwiadowców. Jednak Levi celowo gubił kroki, nieznacznie zniżał swoją gardę i
spowalniał ataki. Po kilku próbach Eren dostrzegł jego zamiary,a w jego głowie
ukształtowało się nagle coś na kształt wdzięczności do kaprala. Po dłuższym
czasie, kolejnej rozciętej wardze, zakrwawionym łuku brwiowym i dwóch wybitych
palcach u prawej ręki Levi zarządził koniec treningu. Nakazał Erenowi, aby ten
przekazał Mikasie, że oczekuje jej jutro po popołudniowym trenigu. Samej. Oddał
oręż, ponownie umocował trójwymiarowy manewr na swoich biodrach i zarzuciwszy
kurtkę na plecy odleciał na swój balkon, by wraz z zachodzącym słońcem zniknąć
w drzwiach do swojej kwatery. Gdy tylko
przekroczył próg, poczuł czyjąś obecność w pomieszczeniu. Nie oczekiwał gości, jednak doskonale
wiedział kogo przywiało do jego pokoju. Nie zaszczycając gościa spojrzeniem,
skierował się do łazienki, aby dokładnie umyć ręce po ćwiczeniach. Gdy po kilku
chwilach z niej wyszedł, Erwin skończył papierosa i zgasił niedopałek. Levi
zauważył, że po licznych upomnieniach dowódca wreszcie wziął sobie do serca
jego słowa i na swoje wizyty zaczął zabierać popielniczkę. Kapral mechanicznie odpiął swój sprzęt do
trójwmiarowego manewru i starannie położył go na wyznaczone do tego miejsce po
czym opadł na łóżko, gniotąc swoim ciężarem perfekcyjnie ułożoną pościel. Przy
oficjalnej wizycie nigdy nie pozwoliłby sobie na podobne zachowanie względem
przełożonego, jednak podobne odwiedziny zdażały się często w przypadku obu
panów i nigdy nie miały w sobie nic oficjalnego. Mimo starannie utrzymywanej maski dystansu
dowódca-podwładny, Erwin bardzo cenił sobie rady i zdanie młodszego z mężczyzn.
Często też zasięgał u niego rad i uważnie słuchał spostrzeżeń na temat innych
zwiadowców. Sam kapral również darzył respektem Smitha, więc obaj panowie
często spotykali się wieczorami, by przedyskutować minione dni i wspólnie
planować kolejne ćwiczenia i manewry. Erwin pamiętał, jak pewnego dnia Hanjii
wpadła do jego kwatery, oczywiście bez pukania, gdy wspólnie z Levim ślęczeli
nad mapą Marii, która przez wzgląd na swoje pokaźne rozmiary leżała na podłodze
jego pokoju. Widząc jej zdziwioną minę, Erwinowi nie pozostało nic poza
wybuchem serdecznego śmiechu. Twarz kaprala nie wyrażała żadnych emocji, jednak
Erwin, który zdąrzył poznać mężczyznę widział, że sytuacja wprawiła go w
nastrój, który mógłby być uznany za zalążek dobrego humoru. Oczywiście
tłumaczenia kierowane do Hanji nic nie dały, i obaj panowie przez przynajmniej
miesiąc musieli znosić wścibskie docinki maniaczki tytanów. Levi westchnął przeciągle i pozwolił głowie
opaść poza krawędź łożka, by spojrzeć na
odwrócony obraz dowódcy. Zauważył, że Erwin przyniósł dzisiaj ze sobą nie tylko
popielniczkę. Dwie szklanki napełnione do połowy whiskey stały obok prawie
pełnej butelki bursztynowego trunku. Jedna z brwi kaprala powędrowała do góry,
zadając niewypowiedziane pytanie.
- Jutro 16 październik. Dzień pamięci. Uznałem, że okazja
jest odpowiednia – mężczyzna podniósł swoją szklankę, zaś drugą przysunął w
stronę łóżka. Levi przełożył ręce po obu stronach głowy i opierając na nich
swój ciężar poderwał się z łożka,płynie przerzucając swoje nogi nad głową i
stając prosto. Wziął alkohol i, tym razem już normalnie, wrócił na łóżko.
Rozległo się dźwięczne stuknięcie szkła, obaj panowie wzięli głęboki łyk,
pozwalając złotemu płynowi przyjemnie palić ich przełyki. Wzrok kaprala ugrzązł
gdzieś w pustce, jego szare oczy były całkiem nieobecne.
- Od kiedy samodzielnie trenujesz Erena ? – pytanie
wyrwało zwiadowcę z dziwnego letargu, przeniósł swój zimny wzrok na dowódcę.
- Od dzisiaj. I nie trenuje, ale trenowałem. Raz. Jutro
rozmówię się z tą jego dziewuchą, tak żeby mogli trenować razem. Czemu pytasz ?
- Bo było to zdecydowanie coś nowego. Niepodobnego do
ciebie, kapralu. Swoją drogą, ukarałeś ich za wzięcie sprzętu bez pozwolenia ?
- Jeżeli upadek na ziemię z kilku metrów i kilka rozcięć
jest przez ciebie uznawane za karę, to tak.
- Mimo, iż dałem ci w pełni wolną rękę co do trenowania
młodych członków, to jednak byłbym wdzięczny gdyby byli oni w pełni zdatni do
pełnienia służby,a nie połamani po jednym treningu – Erwin dokończył swoje
whiskey i opadł na oparcie krzesła. Levi
mierzył go wzrokiem przez kilka sekund, po czym sam dokończył swój trunek i
starannie odłożył szklankę na stół. Nie
czekając na reakcję ze strony dowódcy nalał kolejną kolejkę i powrócił do
swojego miejsca na łóżku, tym razem zdejmując oficerki i siadając na nim po
turecku. Zapanowało zgodne milczenie,
przerywane jedynie szelestem liści zza okna i,co jakiś czas, odgłosem nalewanego
alkoholu. Erwin zapalił kolejnego
papierosa, ukradkiem przyglądając się kapralowi, który, wciąż siedząc po
turecku, wpatrywał się pustym wzrokiem w okno. Jego myśli błądziły między miejcami i czasem,
idealnie wyuczona maska obojętności nie przepuszczała ich jednak, nie pozwalała
przejść im w widoczne emocje. Zawartość
butelki z czasem się wyczerpała. Knoty płonących świec zdawały się przygasać,
wyglądający zza okna księżyc informował,
że godzina jest stanowczo zbyt późna.
Dowódca przeciągnął się po czym ciężko podniósł z krzesła, które na
niespodziewany ruch zareagowało donośnym skrzypnięciem. Odgłos ten przywrócił
Leviego z stanu zadumania, jego zmęczone oczy spojrzały na równie zmęczoną
twarz
Erwina.
Erwina.
-Chyba nie jestem najlepszym kompanem do rozmów – wyższy z
mężczyzn uśmiechnął się smutno na dźwięk słów kompana.
-Lepszego nie znajdę. Do jutra, kapralu – dowódca chwycił
jedną ręką pustą już butelkę, druga wprawnie zgarnęła ze stołu szklanki i
mężczyzna bezszelestnie wyszedł z pomieszczenia. Levi odprowadził go wzrokiem,
a gdy drzwi zatrzasnęły się cicho, wstał i powolnym krokiem udał się w
stronę łazienki. Starannie zdjął ubrania i złożył je w zgrabną
kostkę, która , jak każda rzecz w jego świątyni czystości, miała jasno
określone miejsce w łazience. Wciąż zachowując ślimacze tempo wszedł pod
prysznic i odręcił wodę, która uderzyła w niego zimnym strumieniem. Zadudniły
rury, wyraźnie protestując i budząc wątpliwości co do stanu systemu
wodociągowego zamczyska. Kapral wiedział, że mająca swoją kwaterę tuż pod niego
Hanji przeżywa teraz istny koncert, jednak niewiele go to obchodziło. W
zamyśleniu zaczął przyglądać się gęsiej skórce, która pokryła jego ręce i
ramiona. W sumie nie pamiętał, kiedy ostatni raz odkręcał kurek z ciepłą wodą,
chociaż nie miał wątpliwości co do jego sprawności. Wiele razy także kapral tajemniczym sposobem
zasypiał na łożku a budził się na ziemi. Jego ciało i umysł, latami
przyzwyczajane do ciężkich warunków, najwidoczniej z czasem zrezygnowało z
każdych możliwych udogodnień. Szybko
dokończył wieczorną toaletę i zgasił ostatnie tlące się niepewnie świece w
pomieszczeniu. Zapanował półmrok, jedynie delikatna księżycowa poświata
odbijała się od wypolerowanej na wysoki połysk podłogi. Mężczyzna położył się
na łóżku, zakopując w pościeli, która idealnie izolowała go od zewnętrznego
świata. Czuł, jak whiskey zalega mu w żołądku, miał jednak cichą nadzieję, że
dzień następny obejdzie się bez kaca. Ignorując nieprzyjemne uczucie i sygnały
wysyłane przez układ trawienny, zapadł w niespokojny sen bez snów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz