Fanfiction

One-shots

Serie własne

Shingeki no kyojin - rozdział 1

Znudzenie


Kruk był znudzony. Późne popołudnia w zamku co prawda nigdy nie należały do szczególnie emocjonujących, jednak dzisiejsze było wyjątkowo powolne i męczące.  Przedpołudniowe ćwiczenia minęły zbyt szybko, a popołudniowe zostały odwołane z powodu wizyty żandarmerii. Na której to wizycie Levi spędził, nie licząc, około 10 minut. Wychodząc z niej, czuł spojrzenie Erwina na swoim karku. Cóż, zwiadowca podejrzewał że danie w pysk jednemu z żandarmów zza Siny nie przysporzy mu aprobaty władz oraz dowódcy. Erwin odpuści mu to,  jednak jego potępiający wzrok był jednym z bardzo ograniczonej liczby czynników które budziły w Levim coś na kształt poczucia winy. Kapral westchnął przeciągle i ruszył w stronę okna, taskując idealny porządek panujący w pomieszczeniu. Mimo całej pedantyczności i oschłego stylu bycia można zaryzykować stwierdzenie, że kwatera kruka była urządzona wręcz przytulnie. Dwie ściany całkowicie zasłaniały regały pełne równo ułożonych książek i zwiniętych w rulony map, podzielonych na tereny Marii, Rosy, Siny i znanych zwiadowcom terenów poza murami. Ścianę, przy której stało podwójne rzeźbione łóżko prawie w całości zasłaniał wyblakły gobelin, niegdyś przedstawiający scenę polowania.  Tuż obok łożka stał, również rzeźbiony, mały stolik, na którym znajdowały się idealnie wypolerowane skrzypce.  Choć nikt nigdy nie widział, by kapral kiedykolwiek je dotykał, a co dopiero na nich grał, instrument był zawsze nastrojony, a smyczek nawoskowany.  Na przeciw wejścia znajdowało się duże okno wraz z drzwiami na mały balkon. Wzdłuż niego stało duże biurko, na którym leżały posegregowane korespondencje oraz osobiste notatki. Levi mechanicznie poprawił jedyny krzywo leżący list i nieśpiesznie wyszedł na zewnątrz.  Popołudniowe słońce przyjemnie ogrzewało jego skórę, mimo środka jesieni dni wciaż były ciepłe i pogodne. Mężczyna ruchem głowy przepędził niesforne kosmyki włosów znad oczu, notując przy tym w myślach, że musi je podciąć.  Przez chwilę dumał, czy nie zrobić tego od razu, jednak jego myśli zaprzątnęły się obrazkiem, który rozgrywał się na polu treningowym.  Jak widać, nie tylko on zdecydował się zerwać z oficjalnego spotkania.  Słyszał charakterystyczny syk gazu, gdy Eren wraz z Mikasą ścigali się po polu treningowym używając trójwymiarowego manewru.  Levi  miał zamiar solidnie ich prześwięcić za marnowanie zapasów gazu, jednak w danym momencie postanowił po prostu patrzeć.  Wprawne oko dostrzegało każdy ruch postaci, rejstrowało zawachania i przewidywało kolejne sekwencje. Mikasa miała wrodzony talent, jednak dzięki treningom Eren w niczym jej nie ustępował.  Tym razem na trening wzięli nie tradycyjne ostrza,a utwardzane drewniane zamienniki. Nie trenowali do walki z tytanami, lecz z innymi ludźmi. Levi dostrzegł, że Mikasa za każdym razem waha się przed uderzeniem, jakby nie była pewna czy Eren zdoła je odbić. Często też zdawała się dawać mu fory.  Eren w porównaniu do niej w każdy atak wkładał maksimum siły i precyzji, na jaką było go stać. Dzięki stałym ćwiczeniom z dziewczyną umiejętnościami w boju dorównywał zwiadowcom z naturalnymi predyspozycjami. Dlatego też denerwowało go, że Mikasa wciąż się o niego boi.  Czuł, że przez jej pozorowane ataki nie wykorzytuje całkowicie swojego potencjału, bo zdaje sobie sprawę, że małe błędy nie zrobią na nim różnicy. Przez co wiele jego odruchów zakorzeniło się w jego stylu walki, odsłaniając jego słabe strony.  Dokładnie w tym momencie popełnił kolejny z błędów, gdy uderzając prawym ostrzem pozwolił lewej ręce opaść, odsłaniając przy tym całkowicie szyję i połowę klatki piersiowej.  Cel był aż nazbyt jasny, jednak Mikasa celowo udawała, że nic nie zauważyła. Levi przyglądał się jeszcze chwil na młodych żołnierzy, którzy w swoim tańcu przypominali kukiełki poruszane przez wiatr.  Już miał zamiar wrócić do środka i dokonczyć zaczęty wcześniej list do podwładnych, gdy zauważył, że Mikasa, chybiąc celowo, pozwala Erenowi uderzyć w, również celowo,  swój obnażony brzuch.  Tym razem w mężczyźnie coś tknęło. Jego dusza perfekcjonisty nie tolerowała podobnego zachowania.  Praktycznie z miejca podskoczył, odbił się stopą od framugi okna i zrobił salto w tył, przeskakując przez poręcz i za pomocą trójwymiarowego manewru kierując się w stronę pola treningowego.  Głuche uderzenia orężów młodych, przerywane odgłosem wystrzeliwanego gazu i szczękiem metalowych linek skutecznie zagłuszyły kaprala, który niczym cień przemknął między atrapami tytanów i wpadł w środek toczącej się zażartej walki.  Wpadając w charakterystyczny dla siebie ruch wirowy i obracając jedno ostrze do dołu przeciął linki obojga walczących i beznamiętnie patrzył, jak na ich twarzach maluje się zaskoczenie. Po chwili ustapiło ono miejca grymasowi bólu, gdy oboje gruchnęli  z impetem o ziemię.  Eren zdołał przetoczyć się na bark, dzięki czemu uderzenie, mimo iż cholernie bolesne, nie uszkodziło go w znaczącym stopniu. Jednak Mikasa nie miała tyle szczęścia, jej ciało uderzyło o ziemię biodrem, następnie pęd przerzucił ją na plecy, skutecznie pozbawiając tchu na dłuższą chwilę. Jedno z jej drewnianych ostrzy,łamiąc się podczas upadku, drasnęło ją w ramię, pozostawiając głęboką szramę. Krew powoli sączyła się z niej i wsiąkała w trawę, gdy dziewczyna, wciąż leżąc na plecach i łapiąc oddech myślała nad najbardziej bolesną śmiercią dla sprawcy upadku. Tymczasem Eren powoli podniósł się z ziemi i zasłaniając ręką rażące go słońce skierował wzrok na wiszącego nad nim mężczyznę.
- Kapralu, z cały szacunkiem, ale CO DO KURWY ?!
Levi zmrużył oczy, w których pojawiły się gniewne błyski. Odpiął liny i opadł  tuż przed nosem wściekłego chłopaka.  Przez chwilę mierzył go wzrokiem, po czym robiąc półobrót kopnął go w szczękę, obcasem oficerek rozcinając mu wargę i przywracając do pozycji leżącej.  Wyczuwając ruch za sobą, nie tracąc impetu zamachnął się i trafił Mikasę z łokcia prosto w splot słoneczny. Zaskoczona dziewczyna ponownie straciła ledwo co odzyskany oddech i chwiejąc się usiadła na piętach, kuląc się żałośnie.  Z jej nosa leniwie wyciekła stróżka krwi. Mężczyzna cofnął się kilka kroków, pozwalając młodym powoli dojść do siebie i czekając, jak ustawią się przed nim w pozycji na baczność.  Oboje patrzyli mu prosto w oczy, jednak ich spojrzenia różniły się od siebie.  Chłopak patrzył na niego z pokorą, podczas gdy w oczach dziewczyny skrzyła się czysta i niepohamowana   n i e n a w i ś ć.
- Pierwsza lekcja była za używanie sprzętu bez pozwolenia. Druga za brak szacunku względem przełożonego – Levi niedbałym ruchem odpiął klamrę, pozwalając sprzętowi do trójwymiarowego manewru zsunąć się z jego bioder.
- Do trzech razy sztuka. Mikasa, siadaj i nie wtrącaj się. Dla zachęty dodam że każda interwencja skończy się karą dla tego gówniarza. Eren, zdejmij sprzęt do manewru i podaj mi jedno z drewnianych ostrzy.
Para posłusznie wypełniła rozkazy, czując , jak spojrzenie kaprala wpija się w ich karki niczym zęby krwiożerczej bestii.  Mężczyzna czekał aż wypełnią jego polecenie po czym zdjął kurtkę i żabot, złożył w idealną kostkę i położył obok swojego sprzętu.  Odebrał oręż od Erena,wskazując mu jego końcem miejce w niewielkiej odległości od siebie.
- Walka używając trójwymiarowego manewru jest prosta. Taka, w której dodatkowo dostajesz fory jest wręcz idiotyczna.  Tytani to jedno, jednak gdy walczysz z ludźmi musisz przede wszystkim umieć poruszać się w parterze – nie podnocząc głosu ani nie zmieniajac tonu ani o nutę Levi zaatakował cięciem z góry, zmuszając zaskoczonego chłopaka do rozpaczliwej obrony.  Eren zachwiał się, całym zapasem sił blokując potężne cięcie przeciwnika. Nie miał czasu na kontratak, kapral atakował niczym wąż.  Cięcia spadały niczym grad, chłopak mimo starań nie dawał rady zablokować wszystkich. Wreszcie jedno z nich okazało się zbyt silne, nagły skurcz mięśni powodowany bólem sprawił, że broń  wypadła Erenowi z ręki a on sam zatoczył się i upadł na kolana. Ataki ustały.  Levi cofnał się o kilka kroków, pozwalając chłopakowi wstać i zabrać drewnianą atrapę.
- Szybkość to jedno, precyzja to drugie. Jednak najważniejszą rzeczą jest znaleźć słabe punkty swojego przeciwnika. Nie skupiaj się na atakach, szukaj luk w postawie ciała, balansowaniu podczas uderzeń, nawet częstotliwości oddechów. Jeszcze raz. Mikasa, zrób 10 kółek wokół całego placu.
- Dlaczego ?
- Jak skończysz to doprowadź sprzęt swój i Erena do porządku. Dzisiaj się wam już nie przyda.
Dziewczyna posłusznie wstała, rzuciła w stronę mężczyzny spojrzenie godne seryjnego mordercy i oddaliła się energicznym truchtem.  Levi nie zaszczycił jej spojrzeniem, natychmiast ustawił się naprzeciw chłopaka, jednak tym razem pozwolił mu się przygotować do ataku.  Ich ruchy były wyważone, precyzyjne. Kapral atakował wolniej i dokładniej, dając chłopakowi czas na reakcję. Eren zgodnie z zaleceniem próbował doszukać się w ruchach mężczyzny błędów, mimo iż nie spodziewał się żadnych po najwybitniejszym ze zwiadowców. Jednak Levi celowo gubił kroki, nieznacznie zniżał swoją gardę i spowalniał ataki. Po kilku próbach Eren dostrzegł jego zamiary,a w jego głowie ukształtowało się nagle coś na kształt wdzięczności do kaprala. Po dłuższym czasie, kolejnej rozciętej wardze, zakrwawionym łuku brwiowym i dwóch wybitych palcach u prawej ręki Levi zarządził koniec treningu. Nakazał Erenowi, aby ten przekazał Mikasie, że oczekuje jej jutro po popołudniowym trenigu. Samej. Oddał oręż, ponownie umocował trójwymiarowy manewr na swoich biodrach i zarzuciwszy kurtkę na plecy odleciał na swój balkon, by wraz z zachodzącym słońcem zniknąć w drzwiach do swojej kwatery.  Gdy tylko przekroczył próg, poczuł czyjąś obecność w pomieszczeniu.  Nie oczekiwał gości, jednak doskonale wiedział kogo przywiało do jego pokoju. Nie zaszczycając gościa spojrzeniem, skierował się do łazienki, aby dokładnie umyć ręce po ćwiczeniach. Gdy po kilku chwilach z niej wyszedł, Erwin skończył papierosa i zgasił niedopałek. Levi zauważył, że po licznych upomnieniach dowódca wreszcie wziął sobie do serca jego słowa i na swoje wizyty zaczął zabierać popielniczkę. Kapral  mechanicznie odpiął swój sprzęt do trójwmiarowego manewru i starannie położył go na wyznaczone do tego miejsce po czym opadł na łóżko, gniotąc swoim ciężarem perfekcyjnie ułożoną pościel. Przy oficjalnej wizycie nigdy nie pozwoliłby sobie na podobne zachowanie względem przełożonego, jednak podobne odwiedziny zdażały się często w przypadku obu panów i nigdy nie miały w sobie nic oficjalnego.  Mimo starannie utrzymywanej maski dystansu dowódca-podwładny, Erwin bardzo cenił sobie rady i zdanie młodszego z mężczyzn. Często też zasięgał u niego rad i uważnie słuchał spostrzeżeń na temat innych zwiadowców. Sam kapral również darzył respektem Smitha, więc obaj panowie często spotykali się wieczorami, by przedyskutować minione dni i wspólnie planować kolejne ćwiczenia i manewry. Erwin pamiętał, jak pewnego dnia Hanjii wpadła do jego kwatery, oczywiście bez pukania, gdy wspólnie z Levim ślęczeli nad mapą Marii, która przez wzgląd na swoje pokaźne rozmiary leżała na podłodze jego pokoju. Widząc jej zdziwioną minę, Erwinowi nie pozostało nic poza wybuchem serdecznego śmiechu. Twarz kaprala nie wyrażała żadnych emocji, jednak Erwin, który zdąrzył poznać mężczyznę widział, że sytuacja wprawiła go w nastrój, który mógłby być uznany za zalążek dobrego humoru. Oczywiście tłumaczenia kierowane do Hanji nic nie dały, i obaj panowie przez przynajmniej miesiąc musieli znosić wścibskie docinki maniaczki tytanów.  Levi westchnął przeciągle i pozwolił głowie opaść poza krawędź łożka,  by spojrzeć na odwrócony obraz dowódcy. Zauważył, że Erwin przyniósł dzisiaj ze sobą nie tylko popielniczkę. Dwie szklanki napełnione do połowy whiskey stały obok prawie pełnej butelki bursztynowego trunku. Jedna z brwi kaprala powędrowała do góry, zadając niewypowiedziane pytanie.
- Jutro 16 październik. Dzień pamięci. Uznałem, że okazja jest odpowiednia – mężczyzna podniósł swoją szklankę, zaś drugą przysunął w stronę łóżka. Levi przełożył ręce po obu stronach głowy i opierając na nich swój ciężar poderwał się z łożka,płynie przerzucając swoje nogi nad głową i stając prosto. Wziął alkohol i, tym razem już normalnie, wrócił na łóżko. Rozległo się dźwięczne stuknięcie szkła, obaj panowie wzięli głęboki łyk, pozwalając złotemu płynowi przyjemnie palić ich przełyki. Wzrok kaprala ugrzązł gdzieś w pustce, jego szare oczy były całkiem nieobecne.
- Od kiedy samodzielnie trenujesz Erena ? – pytanie wyrwało zwiadowcę z dziwnego letargu, przeniósł swój zimny wzrok na dowódcę.
- Od dzisiaj. I nie trenuje, ale trenowałem. Raz. Jutro rozmówię się z tą jego dziewuchą, tak żeby mogli trenować razem. Czemu pytasz ?
- Bo było to zdecydowanie coś nowego. Niepodobnego do ciebie, kapralu. Swoją drogą, ukarałeś ich za wzięcie sprzętu bez pozwolenia ?
- Jeżeli upadek na ziemię z kilku metrów i kilka rozcięć jest przez ciebie uznawane za karę, to tak.
- Mimo, iż dałem ci w pełni wolną rękę co do trenowania młodych członków, to jednak byłbym wdzięczny gdyby byli oni w pełni zdatni do pełnienia służby,a nie połamani po jednym treningu – Erwin dokończył swoje whiskey i opadł na oparcie krzesła.  Levi mierzył go wzrokiem przez kilka sekund, po czym sam dokończył swój trunek i starannie odłożył szklankę na stół.  Nie czekając na reakcję ze strony dowódcy nalał kolejną kolejkę i powrócił do swojego miejsca na łóżku, tym razem zdejmując oficerki i siadając na nim po turecku.  Zapanowało zgodne milczenie, przerywane jedynie szelestem liści zza okna i,co jakiś czas, odgłosem nalewanego alkoholu.  Erwin zapalił kolejnego papierosa, ukradkiem przyglądając się kapralowi, który, wciąż siedząc po turecku, wpatrywał się pustym wzrokiem w okno.  Jego myśli błądziły między miejcami i czasem, idealnie wyuczona maska obojętności nie przepuszczała ich jednak, nie pozwalała przejść im w widoczne emocje.  Zawartość butelki z czasem się wyczerpała. Knoty płonących świec zdawały się przygasać, wyglądający  zza okna księżyc informował, że godzina jest stanowczo zbyt późna.  Dowódca przeciągnął się po czym ciężko podniósł z krzesła, które na niespodziewany ruch zareagowało donośnym skrzypnięciem. Odgłos ten przywrócił Leviego z stanu zadumania, jego zmęczone oczy spojrzały na równie zmęczoną twarz
Erwina.
-Chyba nie jestem najlepszym kompanem do rozmów – wyższy z mężczyzn uśmiechnął się smutno na dźwięk słów kompana.

-Lepszego nie znajdę. Do jutra, kapralu – dowódca chwycił jedną ręką pustą już butelkę, druga wprawnie zgarnęła ze stołu szklanki i mężczyzna bezszelestnie wyszedł z pomieszczenia. Levi odprowadził go wzrokiem, a gdy drzwi zatrzasnęły się cicho, wstał i powolnym krokiem udał się w stronę  łazienki.  Starannie zdjął ubrania i złożył je w zgrabną kostkę, która , jak każda rzecz w jego świątyni czystości, miała jasno określone miejsce w łazience. Wciąż zachowując ślimacze tempo wszedł pod prysznic i odręcił wodę, która uderzyła w niego zimnym strumieniem. Zadudniły rury, wyraźnie protestując i budząc wątpliwości co do stanu systemu wodociągowego zamczyska. Kapral wiedział, że mająca swoją kwaterę tuż pod niego Hanji przeżywa teraz istny koncert, jednak niewiele go to obchodziło. W zamyśleniu zaczął przyglądać się gęsiej skórce, która pokryła jego ręce i ramiona. W sumie nie pamiętał, kiedy ostatni raz odkręcał kurek z ciepłą wodą, chociaż nie miał wątpliwości co do jego sprawności.  Wiele razy także kapral tajemniczym sposobem zasypiał na łożku a budził się na ziemi. Jego ciało i umysł, latami przyzwyczajane do ciężkich warunków, najwidoczniej z czasem zrezygnowało z każdych możliwych udogodnień.  Szybko dokończył wieczorną toaletę i zgasił ostatnie tlące się niepewnie świece w pomieszczeniu. Zapanował półmrok, jedynie delikatna księżycowa poświata odbijała się od wypolerowanej na wysoki połysk podłogi. Mężczyzna położył się na łóżku, zakopując w pościeli, która idealnie izolowała go od zewnętrznego świata. Czuł, jak whiskey zalega mu w żołądku, miał jednak cichą nadzieję, że dzień następny obejdzie się bez kaca. Ignorując nieprzyjemne uczucie i sygnały wysyłane przez układ trawienny, zapadł w niespokojny sen bez snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz