Jednostajne, miarowe pikanie coraz głośniej zaczynało
odbijać się w jego czaszce. Powolnie narastało, przechodząc ze znośnego w
uciążliwe, a z uciążliwego w wyjątkowo irytujące. Levi zacisnął mocniej
powieki, chcąc jeszcze na chwilę wrócić do błogiej nieświadomości, z której
został brutalnie wyrwany. Pikanie jednak nie ustępowało,a brunet powoli
zaczynał przeklinać w myślach Erwina, który nie był łaskaw ruszyć swojego
zgrabnego tyłka i wyłączyć tego durnego budzika. Gdy wreszcie doszedł do
wniosku, że nie wytrzyma, chciał wstać. Chciał. Lekkie napięcie mięśni
wystraczyło, by całe jego ciało przeszył przenikliwy ból, mający swoje apogeum
w klatce piersiowej i rozchodzący się małymi igiełkami aż do czubków palców u
nóg. Levi mimowolnie zacisnął pięści, powodując kolejną falę bólu i niemy krzyk
rozciągający jego wargi. Nadludzkim wysiłkiem spróbował opanować panikę, która
zaczynała wkradać się do jego umysłu. Jego ciało było do niczego. On sam
pamiętał jedynie urywki, nie stanowiące żadnej spójnej całości. Biegł. Biegł w
deszczu kiedy... Kiedy co? Uczucie niepokoju stawało się coraz silniejsze.
Wyszedł w nocy. Jak zawsze. Z butami w ręce, że nie obudzić Erwina. Gdzie był,
co robił? Czarna plama. Nagle dotarło do niego, że jego oczy są szczelnie
zamknięte. Bojąc się widoku, jaki dane mu będzie zobaczyć powoli uniósł powieki.
Wokół niego panowała jednostajna biel. Ostra i kłująca w oczy, niepozwalająca
rozróżnić kształtów. Do nosa dotarł duszący zapach leków i środków
chemicznych. Zapach sterylności. Levi wstrzymał oddech. Był w szpitalu.
Najdelikatniej jak umiał przekręcił głowę i dostrzegł zarys aparatury, którą
wziął za budzik, a która prawdobodobnie utrzymywała jego żałosne życie. I wtedy
pojawiły się dłonie. Ciepłe i delikatne, powolnie sunące po jego policzku i
zanużające palce w jego włosach. Brunet mimowolnie zadrżał na ten dotyk, jednak
było w nim coś znajomego. Coś, co chciał przy sobie zatrzymać. Próbował skupić
wzrok, ale widział jedynie ciemną plamę kontrastującą z bielą. Nagle dłonie się
zatrzymały,a plama zaczęła się zbliżać. Levi dostrzegł smugę błękitu, która
zrównała się na chwilę z jego twarzą, by sekundę później złożyć delikatny
pocałunek na jego czole. Jego usta poruszyły się, do uszu dotarł ledwie
słyszalny szept.
- Erwin...
Blondyn pochylający się nad nim przycisnął mocniej wargi
do bladego czoła. Martwił się. Tak cholernie się martwił. Spędził trzy dni przy
tym łóżku. Trzy dni czekał, aż Levi wykaże jakąkolwiek oznakę życia oprócz tego
cholernego pikania aparatury. Otoczony bielą, w zbyt dużym łóżku, wygladał
niczym porcelanowa lalka. Krucha.
- Ciiii... Nic nie mów. Jesteś podziurawiony jak ser
szwajcarski. Cudem cię połatali...
Głos ugrzęzł mu w gardle. Jego oczy zrównały się z
kobaltowym spojrzeniem bruneta, rozbieganym i zagubionym. Pełnym bólu.
-Co... co się stało? – zduszony szept Levi’a brzmiał obco
w jego uszach.
- Postrzelili cię. Nie wiem kto i dlaczego, ale wierzę, że
mi powiesz. A teraz idź spać. Proszę.
Brunet nie zamierzał się kłócić. Znał ten ton głosu.
Władczy i nieznoszący sprzeciwu, którym Erwin dawał mu poczucie bezpieczeństwa. Powoli
zamknął powieki i momentalnie odpłynął, ulegając zmęczeniu i zapewne lekom
nasennym, którymi był szprycowany.
Erwin bezszelestnie wyszedł z sali szpitalnej i usiadł na
jednym z kilku krzeseł postawionych w przestronnym korytarzu. Od wszechobecnego
zapachu leków bolała go głowa. Jego palce odruchowo zaczęły rozmasowywać jego
skronie. Nie umiał skupić myśli. I na szczęście nie musiał. Hanji pojawiła się
obok, trzymając dwa kubki pełne dość podejrzanej, jednak wciąż wyjątkowo potrzebnej
kawy. Blondyn przyjął od niej kubek i skinął głową z wdzięcznością.
- Obudził się dzisiaj ?
- Tylko na chwilę. Poznał mnie, ale chyba nic nie pamięta.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą i pociągnęła długi łyk
parujacego napoju, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
-Błe, obrzydlistwo. A myślałam, że to nasz automat serwuje
lurę. No ale mniejsza. Żyje, obudził się. Czyli idziesz do domu.
Erwin aż zaksztusił się kawą. Kaszląc niekontrolowanie i
czując napływające do oczu łzy, rzucił zdziwione spojrzenie szatynce. Poznał
wyraz twarzy Zoe. I wiedział, że przegrał sprawę. Mimo to postanowił spróbować.
- Nic mi nie jest. Zostanę.
- Siedzisz tu od trzech dni, prawie nie jesz, nie pijesz,
o śnie nie wspominam. Masz podkrążone oczy, dłonie trzęsą ci się od nadmiaru
kofeiny i jeżeli dłużej będziesz odkładał prysznic to zabijesz nawet ten
szpitalny smród. A oboje wiemy, że tego ten kurdupel nie zniesie.
Blondyn uśmiechnął się gorzko, ocierając załzawione oczy
rękawem. Hanji trafiła w sedno. Poczuł jej ramię, obejmujące go z nieskrywaną
troską.
- Zostanę przy nim. Z pewnością nie będzie tak zachwycony
jak w wypadku twojego towarzystwa, ale myśle, że jakoś to przeboleje. Zwłaszcza
przy tej ilości morfiny.
Blondyn ponownie skinął głową. Cisnął pusty kubek do
stojącego obok kosza i podniósł się ciężko, ignorując ból w plecach i lekkie
zawroty głowy. Zoe miała racje, musiał odpocząć. Ostatni raz spoglądnął w okno
od drzwi sali Levi’a i dostrzegłwszy jego sylwetkę, powoli udał się w stronę
drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz