Fanfiction

One-shots

Serie własne

Sny cz. 1/3

Nowe KagaKuro, bo mam potrzebę tego paringu.


Widzę kosz. Jest tak blisko, zaledwie na wyciągnięcie ręki. Biegnę do niego, choć łydki palą mnie żywym ogniem, a słony pot skapuje z brwi. Biegnę, mimo iż nie mam piłki i wcale nie wydaje mi się to dziwne. Wiem, że gdy skoczę to znajdzie się ona w moich dłoniach. Zawsze ją dostaję. I zawsze od niego. Jest tam, choć go nie widzę. Czasami zdaje mi się, że rejstruje ruch tuż obok mnie, jednak nie dotrzegam go.  A on nie mam mi tego za złe. Czuje wręcz dumę z tego, co udało mu się wypracować. Samemu. I ze mną. A ja jestem dumny, że właśnie ze mną. Skaczę, obrona zlewa się przed moimi oczami, nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać. Czuję strukturę piłki pod moimi palcami, widzę jak obręcz kosza drży gdy z impetem robię wsad. Odgłos zwiastujący koniec meczu obiega całą halę. Wygraliśmy. Choć nie widzę tabeli z wynikami to wiem, że tak jest. Nie czuję już zmęczenia, a jedynie fascynację. Czekam, aż niebieska czupryna zmaterializuje się przede mną, aż spojrzymy sobie w oczy i to spojrzenie wypowie wszystko co kiedykolwiek chcielibyśmy sobie powiedzieć. Rozglądam się, ale go nie ma. Ktoś mi gratuluje, nagle jestem oblegany przez tłum ludzi. Hyuuga wiesza mi się na szyi, Teppei krzyczy do ucha niezrozumiałą wiązankę. Tłok nasila się, mam wrażenie, że zaraz udusi mnie od nadmiaru emocji. Ale ignoruje ich. Ignoruje i rozglądam się w panice. Bo jego tu nie ma. Nie widzę go, nie czuje. A bez niego nie widziałbym już w tym sensu. I wtedy dostrzegam go. Leży na boisku, sam. Nikt na niego nie patrzy, wszyscy skupiają sie tylko na mnie i reszcie drużyny. Chce przedrzeć się do niego, jednak jestem kompletnie zablokowany. Rozpycham się łokciami, kopię i niemalże gryzę, jednak tłum nie chce się rozstąpić. Dlaczego nikt nie reaguje ? Dlaczego go nie dostrzegają ? Dlaczego on się nie rusza ?! Nagle jest bardzo malutki, a ja mam wrażenie, że z każdą sekundą oddalamy się od siebie. Chce krzyczeć, ale moje płuca zdają się wypełniać wodą. Tonę. Tonę w zone. Wszystko znika, pojawia się ciemność. A ja jedynie bezgłośnie poruszam ustami.
- Kuroko !

Kagami gwałtownie usiadł na łóżku, dysząc ciężko i nieprzytomnie rozglądając się po pogrążonym w mroku pomieszczeniu. Czuł zimne stużki potu cieknące mu po nagich plecach. Kołdra leżała skopana w jego nogach,  jednak Taiga odczuwał jedynie gorąco. Ciało paliło go, napięte bez powodu mięśnie zaczynały drżeć. I nagle pojawił się chłód. Pojawił się on delikatnym dotykiem na jego barku i falującym obok powietrzem. Stopniowo rozszerzał się, obejmując go w talii i opierając o jego ramię. Łaskocząc burzą niebieskich włosów. Przywołując do rzeczywistości.
- Kagami-kun, co się dzieje ?
Taiga odetchnął głęboko i powoli odwrócił wzrok w stronę tulącego się do niego chłopaka. Tetsuyia był całkiem nagi, jego blada skóra nawet w ciemności kontrastowała z jego własną. Jego błękitne oczy zdawały się lśnić w mroku, gdy przyglądał mu się z troską. Kagami uspokoił się nieco i delikatnie pogładził go po policzku.
- To nic, zwykły koszmar.
- Denerwujesz się przed meczem ?
- Nie bardziej niż zwykle. Ale nieważne, chodźmy spać. Nie chce znowu podpaść Riko.

Kąciki ust niebieskowłosego uniosły się nieznacznie, a Taiga wiedział, że jest to jego odpowiednik szerokiego uśmiechu. Machinalnie objął Tetsuyię i przyciągnął go bliżej siebie, składając słodki pocałunek na jego czole i na powrót kładąc się na miękkim materacu. Mimo wciąż odczuwanego gorąca przykrył ich szczelnie ciepłą kołdrą. Czuł , jak Kuroko wkręca się w jego tors, jak cienkie nogi przeplatają jego, tak jakby stopniowo zamieniali się w jedno. Oddech chłopaka stopniowo się uspokajał, a błękitne oczy zacisnęły się delikatnie. Tetsuyia zasnął. W przeciwieństwie do Kagamiego, który intensywnie rozmyślał nad swoim snem. Był pewnien, że się nie wyśpi, jednak przed meczem nie była to nowość. Jednak tym razem nie wynikało to ze zdenerwowania czy niezdrowej chęci wygranej. Taiga się martwił. Martwił o coś, czego sam nie był w stanie zdefiniować. I tak gładząc błękitne kosmyki i martwiąć się czekał na świt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz