Wieczorem zaczęło padać. Duszny dzień przyniósł burzę,
której błyski rozświetlały puste korytarze zamku, a grzmoty wprawiały okiennice
w drżenie. Wiatr hulał po dziedzińcu, wyjąc donośnie i zrywając młode listki z
drzew. Strugi wody spływały po oknach, tworząc małe stumienie. Jednak Erwin nie
zwracał uwagi na szalejący na zewnątrz żywioł, jego mysli skupiały się tylko na
jednej osobie. Około północy Levi zaczął majaczyć. Mimo iż w ciągu dnia zdawać
by się mogło, że stan mężczyzny się polepsza, a gorączka spada. Hanji spojrzała
wymownie na dowódcę, który nerowo przechadzał się po pokoju. Odgłosy kroków
odzywały się głucho, obcasy oficerek stukały w szalonym tempie. Blondyn nie
przestawał chodzić odkąd zaczęły się majaczenia. Tylko w ten sposób umiał dać
upust swojej frustracji. Zoe siedziała z nim i karpalem od późnego popołudnia,
jednak wciąż bała się mu podać cokowiek ze swoich specyfików, oprócz wywaru z
kory wierzbowej, w którym, gdy wystygł zupełnie, zanurzali jego okłady. Gdy
Erwin zapytał, czy jest pewna, że czarnowłosemu to nie zaszkodzi, pokiwała
przecząco głową.
- To jest na wszystko i na nic. Czasem pomaga, czasem nie.
Okładów jeszcze z tego nie robiłam, ale nieraz dolewałam mu trochę do herbaty,
jak widziałam, że słabiej się czuje.
Dowódca uniósł wymownie brwi, jednak nic nie powiedział.
Wiedział, że kobieta tak jak on nie wie co ma robić. Powieki Leviego wciąż były
mocno zaciśnięte, oddech raz spokojny po chwili zamieniał się w łapczywe
wdechy, blada skóra zdawała się stawać przezroczysta, Erwin widział każdą
biegnącą pod nią żyłkę. Jednak najbardziej martwiły go bełkoty. Z początku
niewyraźne, wraz z nagłym wzrostem
gorączki zamieniły się w wyraźne słowa, wykrzykiwane lub cedzone przez
zaciśnięte zęby. Hanji stwierdziła, że majaki gorączki są częstym zjawiskiem,
jednak jakaś część blondyna nie umiała jej uwierzyć. Ta sama część czuła, że
jeżeli czegoś nie zrobią kapral może już nigdy nie wyjść ze szponów choroby.
Sama myśl o tym napawała Smitha dziwnym i niepohamowanym lękiem. Nagle Levi
zaczął rzucać się na łóżku, wprawiając w osłupenie siedzącą obok kobietę. Erwin
zareagował natychmiast, doskakując do łożka i przytrzymując czarnowłosego,
który po chwili bezładnej szamotaniny zaczął krzyczeć. Na początku z jego ust wydobywał się
jednostajny krzyk, który po kilku sekundach zamienił się w słowa. Słowa,
których Erwin wolały nie słyszeć.
- Isabel ! Farlan !
Gdy Smith stwierdził, że gorzej być nie może, Levi nagle
przestał się rzucać,a jedynie zacisnął pięści. Wciąż nieprzytomny, zaczął
cedzić ociekające nienawiścią słowa.
-Smith...Morderca. Cholerny Erwin Smith. Cholerni zwiadowcy.
Nie pociągniecie mnie ze sobą.
Potem słowa znowu przeszły w bełkot i ciche pomruki. Erwin
westchnął i delikatnie puścił ramiona kaprala. Hanji widziała, że jego twarz
spochmurniała,a oczy zaszły mgłą, jednak udawała, że nic nie zauważyła. A Erwin
był jej za to wdzięczny. Jeszcze chwilę stał przy łóżku, w razie gdyby Levi
znów miał napad, jednak po kilku minutach wrócił do krążenia po pokoju. Nagle
rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść.
Na słowa dowódcy drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem
a do środka wszedł Mike. Chciał zapytać, w jakim stanie jest kapral jednak
widząc miny zarówno Erwina jak i Zoe odpuścił sobie.
Jest coraz gorzej.
Cicho podszedł do dowódcy i położył mu dłoń na ramieniu.
Gest być może tani, jednak umiejący dodać choć odrobinę otuchy. Niebieskie oczy
Smitha popatrzyły na niego żałośnie, nie ukrywając smutku i desperacji. Cała
sytuacja wydawała się być wręcz żałosna. Oto najsilniejszy z ludzkości umiera w
tak prozaiczny sposób, jakim jest gorączka. Nie w walce, nie jako bohater który
prowadził ludzi do nowego świata. Umiera leżąc w łożku, w przepoconej koszuli.
Umiera szamocząc się w szponach czegoś, przed czym nie można uciec, z czym nie
można walczyć. A oni stoją tutaj, jak bydło, czekając na to co nieuniknione,
mimo iż nikt nie wypowie tego na głos. Tak jakby odwracanie od siebie wzroku i
kolejne kółka robione przez błyszczące oficerki miały cokolwiek zmienić.
Cudownie zbić temperaturę, przywrócić świadomość. Erwin wyrwał się z toku
myślowego, kątem oka zauważając że zarówno Mike jak i Hanji wpatrują się w
twarz kaprala. Również spojrzał w tym kierunku, jakąś częścią siebie licząc na
to, że mężczyźnie nagle się polepszyło. Ta sama część zakuła go boleśnie, gdy
zamiast poprawy zauważył, że zza zaciśniętych powiek Leviego leniwie wypływają
łzy, tworząc bruzdy na rozpalonej twarzy i wnikając w poduszkę. Jego oddech
stał się płytki i urywany, dłonie ponownie zacisnęły się w pięści. Erwin nie wytrzymał widoku i gwałtownie
odwrócił głowę. Podszedł do biurka i po chwili bezruchu uderzył w nie
pięściami.
-Kurwa !
Obecni w pokoju towarzysze popatrzyli na niego z lekkim
zdziwieniem. Nigdy nie widzieli by ich dowódca aż tak dawał ponieść się
emocjom. Jednak nie komentowali tego. Sami czuli, jak bezradność w której się
znaleźli zaczyna ich dusić, oplatając niewidzialnymi palcami ich szyje, tworzy
gule w gardle, powoduje napływ łez do oczu. Zoe ukradkiem pociągneła nosem.
Mike odwrócił twarz w stronę okna. Nastała cisza. Cisza nieznośna. Zwiastująca
nieuniknione. Levi już nie majaczył. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Erwin
odwrócił się gwałtownie, gdy mimo iż nie wyraził zgody na wejście drzwi
otworzyły się, a przestraszony Eren wślizgnął się do pokoju. Widząc wściekłość
dowódcy, Mike szybko zareagował na niespodziewanego gościa.
-Co tak długo, posłałem cię po te zioła 15 minut temu !
Eren jednak nie zwrócił uwagi na nikogo. Stał niczym posąg,
ściskając bezwiednie w dłoni małą paczkę i patrząc jak zahiptonyzowany na
nieprzytomną postać leżącą na łóżku. Ignorując spojrzenia wszystkich w pokoju
podszedł do kaprala i położył mu dłoń na czole. Szybko ją jednak cofnął, czując
ciepło buchające z rozpalonego przełożonego. Erwin nie wytrzymał i wysapał
przez zaciśnięte zęby :
- Co... ty...do...ciężkiej...cholery...robisz ?!
Eren popatrzył na dowódę, a w jego oczach było coś, czego
Smith nigdy wcześniej tam nie widział. Wiedział co prawda, że chłopak jest
wyjątkowo zdeterminowany i ambitny, jednak nigdy wcześniej w jego ocach nie
widział takiej pewności siebie. Eren wziął głęboki wdech, słysząc wściekłość
bijącą z słów dowócy.
- Mój ojciec był lekarzem, jednak rzadko używał leków. Bo
ich nie miał. Samym okładem z kory wierzby nie zbijecie gorączki, musiałby go
wypić, ale nie przez tak zaciśnięte szczęki.
Hanji patrzyła na chłopaka w osłupieniu. Nie posądziła by go
o jakąkolwiek wiedzę medyczną. Nie czekając na reakcję dowódcy zapytała bez ogródek
:
-Czym twój ojciec zbijał gorączkę ?
Eren zamyślił się, by po chwili odpowiedzieć, pewny swoich
słów.
- Lodem. Lub lodowatą wodą. Gdy gorączka nie ustępowała, a
chory tracił przytomność, należało jak najszybiej obniżyć temperaturę ciała.
Najłatwiej było zimną, wtedy wkładaliśmy ludzi do bali ze śniegiem, ale
lodowata woda też się nada. Ile on jest już nieprzytomny ?
- Od kiedy wpadłeś na niego rano...
Oczy Erena otworzyły się szeroko, gdy z przerażeniem
spojrzał na dowódcę.
- I od tej pory nic ? Tylko leży ?
Erwin zamyślił się, nie będąc co końca pewnym czy może
dzielić się tego typu informacjami z chłopakiem. Jednak po chwili zrugał sam
siebie w myślach.
On przynajmniej wie co
robić.
- Do wieczoram był spokój, potem zaczął majaczyć i raz
rzucał się na łóżku.
- Niedobrze. Jeżeli teraz nie zbije się temperatury to do
rana będzie po wszystkim – sposób w jaki Eren wypowiedział diagnozę przeraził
obecnych w pomieszczeniu żołnierzy. To nie był emocjonany wywód, w jaki zwykł
wyrażać się Jaegar, lecz chłodna kalkulacja. Erwin nie wątpił, że chłopak ma
rację. I jako jedyny umie powiedzieć na głos to, co wszystkim siedziało w
głowie od kilku godzin panującego koszmaru. Blondyn szybko umocował na sobie
sprzęt do manewru, jednak spojrzenia towarzyszy zmusiły do go mówienia.
- Słyszeliście Erena, trzeba zbić temperaturę.
- Nie mamy śniegu ani lodu, Erwin.
- Ale mamy staw – dowódca bez dalszych wyjaśnień
otworzył okno, pozwalając szalejącej burzy wedrzeć się do środka. Wicher
zdmuchnął kartki z biurka, rozsypując je po pomieszczeniu, przy parapecie
momentalnie powstała rozległa kałuża. Jednak Erwin zingorował warunki i biorąc
nieprzytomnego kaprala na ręce,
wyskoczył z nim przez okno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz