Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana... ErwinxLevi cz.3

Oto jak z oneshota powstaje cała seria...




Wieczorem zaczęło padać. Duszny dzień przyniósł burzę, której błyski rozświetlały puste korytarze zamku, a grzmoty wprawiały okiennice w drżenie. Wiatr hulał po dziedzińcu, wyjąc donośnie i zrywając młode listki z drzew. Strugi wody spływały po oknach, tworząc małe stumienie. Jednak Erwin nie zwracał uwagi na szalejący na zewnątrz żywioł, jego mysli skupiały się tylko na jednej osobie. Około północy Levi zaczął majaczyć. Mimo iż w ciągu dnia zdawać by się mogło, że stan mężczyzny się polepsza, a gorączka spada. Hanji spojrzała wymownie na dowódcę, który nerowo przechadzał się po pokoju. Odgłosy kroków odzywały się głucho, obcasy oficerek stukały w szalonym tempie. Blondyn nie przestawał chodzić odkąd zaczęły się majaczenia. Tylko w ten sposób umiał dać upust swojej frustracji. Zoe siedziała z nim i karpalem od późnego popołudnia, jednak wciąż bała się mu podać cokowiek ze swoich specyfików, oprócz wywaru z kory wierzbowej, w którym, gdy wystygł zupełnie, zanurzali jego okłady. Gdy Erwin zapytał, czy jest pewna, że czarnowłosemu to nie zaszkodzi, pokiwała przecząco głową.
- To jest na wszystko i na nic. Czasem pomaga, czasem nie. Okładów jeszcze z tego nie robiłam, ale nieraz dolewałam mu trochę do herbaty, jak widziałam, że słabiej się czuje.
Dowódca uniósł wymownie brwi, jednak nic nie powiedział. Wiedział, że kobieta tak jak on nie wie co ma robić. Powieki Leviego wciąż były mocno zaciśnięte, oddech raz spokojny po chwili zamieniał się w łapczywe wdechy, blada skóra zdawała się stawać przezroczysta, Erwin widział każdą biegnącą pod nią żyłkę. Jednak najbardziej martwiły go bełkoty. Z początku niewyraźne,  wraz z nagłym wzrostem gorączki zamieniły się w wyraźne słowa, wykrzykiwane lub cedzone przez zaciśnięte zęby. Hanji stwierdziła, że majaki gorączki są częstym zjawiskiem, jednak jakaś część blondyna nie umiała jej uwierzyć. Ta sama część czuła, że jeżeli czegoś nie zrobią kapral może już nigdy nie wyjść ze szponów choroby. Sama myśl o tym napawała Smitha dziwnym i niepohamowanym lękiem. Nagle Levi zaczął rzucać się na łóżku, wprawiając w osłupenie siedzącą obok kobietę. Erwin zareagował natychmiast, doskakując do łożka i przytrzymując czarnowłosego, który po chwili bezładnej szamotaniny zaczął krzyczeć.  Na początku z jego ust wydobywał się jednostajny krzyk, który po kilku sekundach zamienił się w słowa. Słowa, których Erwin wolały nie słyszeć.
- Isabel ! Farlan !
Gdy Smith stwierdził, że gorzej być nie może, Levi nagle przestał się rzucać,a jedynie zacisnął pięści. Wciąż nieprzytomny, zaczął cedzić ociekające nienawiścią słowa.
-Smith...Morderca. Cholerny Erwin Smith. Cholerni zwiadowcy. Nie pociągniecie mnie ze sobą.
Potem słowa znowu przeszły w bełkot i ciche pomruki. Erwin westchnął i delikatnie puścił ramiona kaprala. Hanji widziała, że jego twarz spochmurniała,a oczy zaszły mgłą, jednak udawała, że nic nie zauważyła. A Erwin był jej za to wdzięczny. Jeszcze chwilę stał przy łóżku, w razie gdyby Levi znów miał napad, jednak po kilku minutach wrócił do krążenia po pokoju. Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść.
Na słowa dowódcy drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem a do środka wszedł Mike. Chciał zapytać, w jakim stanie jest kapral jednak widząc miny zarówno Erwina jak i Zoe odpuścił sobie.
Jest coraz gorzej.
Cicho podszedł do dowódcy i położył mu dłoń na ramieniu. Gest być może tani, jednak umiejący dodać choć odrobinę otuchy. Niebieskie oczy Smitha popatrzyły na niego żałośnie, nie ukrywając smutku i desperacji. Cała sytuacja wydawała się być wręcz żałosna. Oto najsilniejszy z ludzkości umiera w tak prozaiczny sposób, jakim jest gorączka. Nie w walce, nie jako bohater który prowadził ludzi do nowego świata. Umiera leżąc w łożku, w przepoconej koszuli. Umiera szamocząc się w szponach czegoś, przed czym nie można uciec, z czym nie można walczyć. A oni stoją tutaj, jak bydło, czekając na to co nieuniknione, mimo iż nikt nie wypowie tego na głos. Tak jakby odwracanie od siebie wzroku i kolejne kółka robione przez błyszczące oficerki miały cokolwiek zmienić. Cudownie zbić temperaturę, przywrócić świadomość. Erwin wyrwał się z toku myślowego, kątem oka zauważając że zarówno Mike jak i Hanji wpatrują się w twarz kaprala. Również spojrzał w tym kierunku, jakąś częścią siebie licząc na to, że mężczyźnie nagle się polepszyło. Ta sama część zakuła go boleśnie, gdy zamiast poprawy zauważył, że zza zaciśniętych powiek Leviego leniwie wypływają łzy, tworząc bruzdy na rozpalonej twarzy i wnikając w poduszkę. Jego oddech stał się płytki i urywany, dłonie ponownie zacisnęły się w pięści.  Erwin nie wytrzymał widoku i gwałtownie odwrócił głowę. Podszedł do biurka i po chwili bezruchu uderzył w nie pięściami.
-Kurwa !
Obecni w pokoju towarzysze popatrzyli na niego z lekkim zdziwieniem. Nigdy nie widzieli by ich dowódca aż tak dawał ponieść się emocjom. Jednak nie komentowali tego. Sami czuli, jak bezradność w której się znaleźli zaczyna ich dusić, oplatając niewidzialnymi palcami ich szyje, tworzy gule w gardle, powoduje napływ łez do oczu. Zoe ukradkiem pociągneła nosem. Mike odwrócił twarz w stronę okna. Nastała cisza. Cisza nieznośna. Zwiastująca nieuniknione. Levi już nie majaczył. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Erwin odwrócił się gwałtownie, gdy mimo iż nie wyraził zgody na wejście drzwi otworzyły się, a przestraszony Eren wślizgnął się do pokoju. Widząc wściekłość dowódcy, Mike szybko zareagował na niespodziewanego gościa.
-Co tak długo, posłałem cię po te zioła 15 minut temu !
Eren jednak nie zwrócił uwagi na nikogo. Stał niczym posąg, ściskając bezwiednie w dłoni małą paczkę i patrząc jak zahiptonyzowany na nieprzytomną postać leżącą na łóżku. Ignorując spojrzenia wszystkich w pokoju podszedł do kaprala i położył mu dłoń na czole. Szybko ją jednak cofnął, czując ciepło buchające z rozpalonego przełożonego. Erwin nie wytrzymał i wysapał przez zaciśnięte zęby :
- Co... ty...do...ciężkiej...cholery...robisz ?!
Eren popatrzył na dowódę, a w jego oczach było coś, czego Smith nigdy wcześniej tam nie widział. Wiedział co prawda, że chłopak jest wyjątkowo zdeterminowany i ambitny, jednak nigdy wcześniej w jego ocach nie widział takiej pewności siebie. Eren wziął głęboki wdech, słysząc wściekłość bijącą z słów dowócy.
- Mój ojciec był lekarzem, jednak rzadko używał leków. Bo ich nie miał. Samym okładem z kory wierzby nie zbijecie gorączki, musiałby go wypić, ale nie przez tak zaciśnięte szczęki.
Hanji patrzyła na chłopaka w osłupieniu. Nie posądziła by go o jakąkolwiek wiedzę medyczną. Nie czekając na reakcję dowódcy zapytała bez ogródek :
-Czym twój ojciec zbijał gorączkę ?
Eren zamyślił się, by po chwili odpowiedzieć, pewny swoich słów.
- Lodem. Lub lodowatą wodą. Gdy gorączka nie ustępowała, a chory tracił przytomność, należało jak najszybiej obniżyć temperaturę ciała. Najłatwiej było zimną, wtedy wkładaliśmy ludzi do bali ze śniegiem, ale lodowata woda też się nada. Ile on jest już nieprzytomny ?
- Od kiedy wpadłeś na niego rano...
Oczy Erena otworzyły się szeroko, gdy z przerażeniem spojrzał na dowódcę.
- I od tej pory nic ? Tylko leży ?
Erwin zamyślił się, nie będąc co końca pewnym czy może dzielić się tego typu informacjami z chłopakiem. Jednak po chwili zrugał sam siebie w myślach.
On przynajmniej wie co robić.
- Do wieczoram był spokój, potem zaczął majaczyć i raz rzucał się na łóżku.
- Niedobrze. Jeżeli teraz nie zbije się temperatury to do rana będzie po wszystkim – sposób w jaki Eren wypowiedział diagnozę przeraził obecnych w pomieszczeniu żołnierzy. To nie był emocjonany wywód, w jaki zwykł wyrażać się Jaegar, lecz chłodna kalkulacja. Erwin nie wątpił, że chłopak ma rację. I jako jedyny umie powiedzieć na głos to, co wszystkim siedziało w głowie od kilku godzin panującego koszmaru. Blondyn szybko umocował na sobie sprzęt do manewru, jednak spojrzenia towarzyszy zmusiły do go mówienia.
- Słyszeliście Erena, trzeba zbić temperaturę.
- Nie mamy śniegu ani lodu, Erwin.
- Ale mamy staw – dowódca bez dalszych wyjaśnień otworzył okno, pozwalając szalejącej burzy wedrzeć się do środka. Wicher zdmuchnął kartki z biurka, rozsypując je po pomieszczeniu, przy parapecie momentalnie powstała rozległa kałuża. Jednak Erwin zingorował warunki i biorąc nieprzytomnego kaprala na ręce,  wyskoczył z nim przez okno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz