Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana... ErwinxLevi cz.7

Część krótsza, jednak zostanie to wkrótce wynagrodzone :)


Levi odepchnął apatycznie blondyna, gdy tylko zza drzwi wyłoniła się zmarniała postać Hanji. Nawet jeśli okularnica zauważyła niedwuznaczną sytuację, w której znajdowali się mężczyźni, nie dała nic po sobie poznać. Erwin dumnie powrócił na skaj łóżka i skierował na nią spojrzenie swoich błękitnych oczu.
- Jakiś problem, Hanji ?
- Żandarmieria czeka na dole, ma dla ciebie jakieś dokumenty. Przyszła dostawa gazu, plus jakiś facet od koni chce się z tobą natychmiast widzieć. No i muszę zbadać Levi’a – Zoe bez zbędnych tłumaczeń podeszła do łóżka i położyła dłoń na czole kaprala. Ten drgnął mimowolnie,czując chłód jej dłoni, tak bardzo kontrastujący z ciepłem bijącym od dłoni Erwina. W następnej sekundzie usłyszał szczęk zamka w drzwiach. Dowódca opuścił pomieszczenie. Bez słowa, bez sygnału. Nie zaszczyciwszy szatyna nawet przelotnym spojrzeniem.  Mężczyzna mimowolnie zacinął pięści i chciał odsunąć głowę od ręki Hanji, jednak przed jego oczy ponownie wystąpiły mroczki i bezwiednie opadł na łóżko.
- Żadnych gwałtownych ruchów. Nie masz już gorączki, ale wciąż jesteś cholernie słaby. Najbliższe godziny musisz spędzić w łóżku.
- Dlaczego miałbym cię słuchać , Zoe ? – głos Levi’a wręcz ociekał jadem, jednak kobieta jedynie posłała mu znudzone spojrzenie. Nie oczekiwała, że kapral bez marudzenia podda się jej zaleceniom, ale ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości, iż mężczyzna wraca do zdrowia.
- Bo nie masz siły żeby się sprzeciwiać. Idę po Mike’a i przeniesiemy cię z powrotem do twojej kwatery.
Szatyn przez chwilę bił się z myślami, jednak ostatecznie dał za wygraną. Istotnie, nie miał siły. Czuł się, jakby całe jego ciało zostało wypchane zbyt małą ilością waty. Bez słowa pozwolił Zachariusowi i Zoe przenieść się do siebie, gdzie momentalnie zasnął. Obudził się zlany potem, z wypiekami na policzkach i spazmatycznym oddechem. Nie mógł sobie przypomnieć, o czym śnił, ale nie potrafił już zasnąć. Ani tej nocy, ani kolejnej.
Księżyc leniwie wędrował po niebie, a pozycja gwiazd wskazywała na godzinę czwartą nad ranem. O drugiej Levi przestał się łudzić, że zaśnie. Myślał. Zbyt dużo i stanowczo zbyt intensywnie.  Jego umysł wciąż uparcie powracał do wydarzeń sprzed dwóch dni. Dłoń bezwiednie dotknęła twarzy,a jego ciało przeszedł dreszcz na wspomnienie innej, dużej i ciepłej, która gładziła jego policzek. Zanim drzwi zaskrzypiały. Zamknął oczy i próbował odtworzyć uścisk silnych ramion na swoim ciele. Pragnął choć przez chwilę znów poczuć mrowienie w miejscach, gdzie Erwin oplatał go ramionami. Zanim drzwi się otworzyły. Wreszcie ponownie w ciągu dwóch dni całkowicie ignorując głos rozsądku obijający się echem w jego skroniach przywołał w myślach najintensywniejsze wspomnienie. Delikatność. Niepewność. Miękkość. Żar warg, które dotykały jego własnych. Do których uparcie wracał, mimo iż umysł kazał usunąć mu je z pamięci. Razem z całym odstępem czasu, który spędził w kwaterze dowódcy, praktycznie umierając w jego rękach. Koło 3 nad ranem Levi doszedł do wniosku, że rzeczywiście, jakaś jego część umarła tamtej nocy. Nie był pewnien, jaka i dlaczego, ale czuł, że coś z jego wnętrza zostało mu odebrane. A on sam nie wiedział, czy chce to coś odzyskać. Podświadomie czuł, że odpowiedź na to pytanie kryje się w miejscu, którego miał zamiar unikać niczym ognia. Miejscu z dużym dębowym biurkiem i wytartym skórzanym fotelem, wiecznie zajętym przez wysoką postać z blond włosami. Kapral nie umiał nazwać uczucia, jak budziło się w nim na myśl o ponownym stanięciu twarzą w twarz ze Smithem, jednak nie wiedzieć czemu nie chciał do niego dopuścić. Mimowolnie zacisnął zęby, aż ból przeszył jego szczękę. Pójdzie do niego jutro. A właściwie już dzisiaj. Wyjaśni to, co zostało do wyjaśnienia. Zamknie pewnien rozdział. Zanim będzie za późno. Zanim ktoś znowu otworzy im drzwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz