Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana... ErwinxLevi cz.4

Zimny deszcz chlastał go po twarzy, lodowiaty wiatr wdarł się pod kurtkę, kłując prawie do kości. Ale blondyn zdawał się tego nie czuć. Kurczowo ściskając nieprzytomnego kaprala i manewrując w powietrzu, udał się w stronę stawu należącego do terytorium zamku. W pogodne noce odbijający się  w nim księżyc tworzyłby srebrną kulę na powierzchni, wskazując drogę. Jednak teraz, gdy burza wciąż przybierała na sile, a błyszcząca tarcza skryła się za chmurami, staw przypominał czarną dziurę. Niebiezpieczną i tajemniczą, gotową wciągnąć nieostrożnych wędrowców i zdającą się wysysać blade światła padające nań z zamkowych okiennic. Erwin ciężko wylądował na brzegu i jedną ręką podtrzymując Leviego,nieporadnie zdjął z siebie sprzęt do manewru. Był zły na siebie, że przez coś tak trywialnego jak sprzęt naraża czarnowłosego na pogorszenie stanu, ale wiedział, że w razie gdyby mężczyzna odzyskał świadomość musi natychmiast wrócić do zamku, a mokry sprzęt na nic się nie zda. Gdy wreszcie pochwy na miecze upadły głucho na ziemię, dowódca ponownie wziął kaprala na ręce i nie zważając na temperaturę wody bez wahania wszedł do stawu. Brodził w nim, aż ciało chorego było w całości pod wodą, tak że jedynia biała twarz odcinała się na tle czarnej wody.  Erwinowi woda sięgała do torsu, powoli powodując drętwienie nóg. Zimno przeszywało go na wskroś, deszcz spływał po twarzy, duże krople wody kapały z rozwianych włosów, by zniknąć w ciemnej toni. A on czekał. Tylko czekał. Jego wzrok spoczywał na twarzy Leviego, wciąż trupio bladej, na jego zaciśniętych powiekach, klejących się do czoła czarnych włosach.  Niebieskie oczy dokładnie śledziły każdy centymentr twarzy kaprala, obserwując spływające krople wody,lekko drgające powieki, delikatnie rozchylone usta.  I choć bardzo chciał, to właśnie od ust nie mógł oderwać wzroku.  Ust, które, gdy nie wykrzywiał ich zniesmaczony grymas, zdawały się być miękkie i delikatne. Kuszące. Erwin miał ochotę dać sam sobie w pysk za myśli, które nachodziły go w tak dramatycznej chwili. Z drugiej strony, jakie to mogło mieć znaczenie ? Levi wciąż był nieprzytomny, blondyn ściskał go coraz mocniej, tak jakby chciał być pewny, że czarnowłosy nie odpłynie niesiony przez mroczną toń.  Sam zdawał się kurczowo trzymać nadziei, że kapral nagle się obudzi. Że jutro rano zobaczy go, gdy wczesnym rankiem będzie kuśtykał przez dziedziniec. Że znów będzie musiał ignorować jego docinki i znosić kolejne pobicia wśród młodszych kadetów. Wdychać środki czystości, odpuszczać treningi na rzecz sprzątania. Wytrzymywać spojrzenie oczu, które czasem były czarne a czasem niebieskie. Teraz każda z tych rzeczy wydawała się być bardzo odległa. Smith nie potrafił jednak dopuścić do siebie myśli, że miałby z którejkolwiek zrezygnować. Mimo iż wszystko wskazywało na to, że w jego życiu zabraknie niskiego kaprala. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął płakać. Słone łzy mieszały się z deszczem na jego policzkach, drgawki wywołane łkaniem były tuszowane dreszczami powodowanymi przemarznięciem. Po raz pierwszy od wielu lat nie próbował hamować swoich emocji. Nikt go teraz nie widział, nikt nie mógł wypominać mu potem chwili słabości. Chwili, gdy trzymając ciało osoby, do której żywił najgłębsze uczucia. Dla której nie mógł już nic zrobić, mimo że był gotów zrobić wszystko.  Zamknął oczy i przyciągnął bliżej siebie bezwładne ciało kaprala. Czuł bijące od niego ciepło, mimo otulającego go zimna. Pozwolił głowie opaść na pierś, łzom kapać na i tak przemoczoną koszulę. Stał tak dłuższą chwilę, nie mogąc zmusić się do ponownego otwarcia oczu, uniesienia głowy.  Spojrzenia na twarz, której oczy już nigdy się nie otworzą. Levi odszedł. Najsilniejszy z ludzkości umarł na jego rękach, w jakimś cholernym stawie.

- Kurwa Erwin, tu jest zimno !
Blondyn poderwał głowę i z przerażeniem mieszanym z bezgraniczną radością spojrzał na alabastrową twarz kaprala, znalazł jego ciemnobłękitne oczy. Oczy, których miał już nie oglądać,a  które teraz patrzyły na niego z wyrzutem. I bardzo kiepsko ukrywanym strachem. Levi chwycił przegub ręki Erwina, oszołomiony sytuacją próbował uwolnić się z silnego uścisku mężczyzny. Jednak jedyne na co jego ciało mogło się zdobyć było lekkie szarpnięcie, stanowczo za słabe by wyrwać się Erwinowi, który trzymał kaprala w stalowym uścisku. Czarnowłosy ponowił próbę,desperacką i beznadziejną, aż dowódca otrząsnął się z szoku i kompletnie go unieruchomił. Wiedział, że Levi dla innych jest nieustraszonym człowiekiem. Że nic nie może go złamać lub przerazić. Znał go wystraczająco długo, żeby wiedzieć kiedy tylko takiego udaje. I znał jego największy koszmar. Bezradność. Levi nie bał się śmierci, tytanów,krwi. Bał się unieruchomienia,ciała, które odmówi mu posłuszeństwa, które nie  będzie mogło walczyć. Widok przerażonego kaprala prawie ponownie go załamał. Ale nie zwolnił uścisku. Nie ważne jak bardzo bolało to ich obu, teraz to on musiał panować nad nie do końca świadomym Levim.  Z trudem panując nad brzmieniem swojego głosu, posłał czarnowłosemu stanowcze spojrzenie.
-Przestań się wyrywać. I tak cię nie puszczę – gdy poczuł że ten ponownie próbuje przejąć panowanie nad swoim ciałem, wzmocnił uścisk i dodał podniesionym tonem – Przestań natychmiast, to jest rozkaz !
Niebieskie oczy otworzyły się jeszcze szerzej,jednak ich właściciel spełnił polecenie i zamarł bez ruchu. Wciąż patrzył na Erwina, oddychał szybko i głęboko, jakby bał się, że zaraz zabraknie mu powierza.  Blondyn powoli i bardzo delikatnie wyniósł chorego na brzeg i okrył swoim płaszczem. Wciąż go trzymał. Z jego złotych włosów kapały pojedyńcze krople wody. Nawet nie zauważył, że przestało padać i chmury powoli rozstępują się, odsłaniając błyszczący pod nimi księżyc. Gdy blada poświata padła na twarz kaprala, dało się dostrzec delikatne rumieńce, które wstępują na do tej pory blade policzki. Dowódca niechętnie położył Leviego na ziemi i pragnął wstać, jednak blada dłoń ponownie zacinęła się na jego ramieniu. Oddech czarnowłosego powoli się uspokajał,jednak jego głos zadrżał.
- Co się stało ?
Erwin nie miał zamiaru odpowiadać teraz, jednak błękitne oczy wciąż były utkwione w jego własnych. A bijąca z nich niepewność i prośba nie pozostawiały żadnego wyboru.
- Dostałeś reakcji alergicznej na leki Hanji. Straciłeś przytomność i gorączkowałeś.
- Umierałem ?
- Tak – blondyn delikatnie ściągnął ze swojego ramienia chudą dłoń kaprala i szybkimi ruchami zapiął pas do trójwymiarowego manewru.  Gdy skończył, ponownie zwrócił całą uwagę na leżącą na ziemi postać, która skuliła się pod jego płaszczem. Levi drżał z zimna. Erwin niewiele myśląć uklęknął przy nim i otoczył go ramionami. Gdy czarnowłosy, mimo bezbrzeżnego zdumienia, nie zareagował, blondyn wzmocnił uścik i przycinął do siebie bezwładne ciało kaprala. Tym razem ku zdziwieniu blondyna, Levi objął go ręką w pasie,a głowę delikatnie wcisnął w zagłębienie pod szyją. Kolana podkulił do brzucha, w kontraście z rosłym mężczyzną przypominał małe dziecko. Bezbronne dziecko.  Trwali tak dłuższą chwilę, bojąc się przerwać milczenie. Nie wiedząć, co powinni powiedzieć w takiej sytuacji. Czy cokolwiek mówić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz