Zimny deszcz chlastał go po twarzy, lodowiaty wiatr wdarł
się pod kurtkę, kłując prawie do kości. Ale blondyn zdawał się tego nie czuć.
Kurczowo ściskając nieprzytomnego kaprala i manewrując w powietrzu, udał się w
stronę stawu należącego do terytorium zamku. W pogodne noce odbijający się w nim księżyc tworzyłby srebrną kulę na
powierzchni, wskazując drogę. Jednak teraz, gdy burza wciąż przybierała na
sile, a błyszcząca tarcza skryła się za chmurami, staw przypominał czarną dziurę.
Niebiezpieczną i tajemniczą, gotową wciągnąć nieostrożnych wędrowców i zdającą
się wysysać blade światła padające nań z zamkowych okiennic. Erwin ciężko
wylądował na brzegu i jedną ręką podtrzymując Leviego,nieporadnie zdjął z
siebie sprzęt do manewru. Był zły na siebie, że przez coś tak trywialnego jak
sprzęt naraża czarnowłosego na pogorszenie stanu, ale wiedział, że w razie
gdyby mężczyzna odzyskał świadomość musi natychmiast wrócić do zamku, a mokry
sprzęt na nic się nie zda. Gdy wreszcie pochwy na miecze upadły głucho na
ziemię, dowódca ponownie wziął kaprala na ręce i nie zważając na temperaturę
wody bez wahania wszedł do stawu. Brodził w nim, aż ciało chorego było w
całości pod wodą, tak że jedynia biała twarz odcinała się na tle czarnej wody. Erwinowi woda sięgała do torsu, powoli
powodując drętwienie nóg. Zimno przeszywało go na wskroś, deszcz spływał po
twarzy, duże krople wody kapały z rozwianych włosów, by zniknąć w ciemnej toni.
A on czekał. Tylko czekał. Jego wzrok spoczywał na twarzy Leviego, wciąż trupio
bladej, na jego zaciśniętych powiekach, klejących się do czoła czarnych
włosach. Niebieskie oczy dokładnie
śledziły każdy centymentr twarzy kaprala, obserwując spływające krople
wody,lekko drgające powieki, delikatnie rozchylone usta. I choć bardzo chciał, to właśnie od ust nie
mógł oderwać wzroku. Ust, które, gdy nie
wykrzywiał ich zniesmaczony grymas, zdawały się być miękkie i delikatne.
Kuszące. Erwin miał ochotę dać sam sobie w pysk za myśli, które nachodziły go w
tak dramatycznej chwili. Z drugiej strony, jakie to mogło mieć znaczenie ? Levi
wciąż był nieprzytomny, blondyn ściskał go coraz mocniej, tak jakby chciał być
pewny, że czarnowłosy nie odpłynie niesiony przez mroczną toń. Sam zdawał się kurczowo trzymać nadziei, że
kapral nagle się obudzi. Że jutro rano zobaczy go, gdy wczesnym rankiem będzie
kuśtykał przez dziedziniec. Że znów będzie musiał ignorować jego docinki i
znosić kolejne pobicia wśród młodszych kadetów. Wdychać środki czystości,
odpuszczać treningi na rzecz sprzątania. Wytrzymywać spojrzenie oczu, które
czasem były czarne a czasem niebieskie. Teraz każda z tych rzeczy wydawała się
być bardzo odległa. Smith nie potrafił jednak dopuścić do siebie myśli, że
miałby z którejkolwiek zrezygnować. Mimo iż wszystko wskazywało na to, że w
jego życiu zabraknie niskiego kaprala. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął płakać.
Słone łzy mieszały się z deszczem na jego policzkach, drgawki wywołane łkaniem
były tuszowane dreszczami powodowanymi przemarznięciem. Po raz pierwszy od wielu
lat nie próbował hamować swoich emocji. Nikt go teraz nie widział, nikt nie
mógł wypominać mu potem chwili słabości. Chwili, gdy trzymając ciało osoby, do
której żywił najgłębsze uczucia. Dla której nie mógł już nic zrobić, mimo że
był gotów zrobić wszystko. Zamknął oczy
i przyciągnął bliżej siebie bezwładne ciało kaprala. Czuł bijące od niego
ciepło, mimo otulającego go zimna. Pozwolił głowie opaść na pierś, łzom kapać
na i tak przemoczoną koszulę. Stał tak dłuższą chwilę, nie mogąc zmusić się do
ponownego otwarcia oczu, uniesienia głowy.
Spojrzenia na twarz, której oczy już nigdy się nie otworzą. Levi
odszedł. Najsilniejszy z ludzkości umarł na jego rękach, w jakimś cholernym
stawie.
- Kurwa Erwin, tu jest zimno !
Blondyn poderwał głowę i z przerażeniem mieszanym z
bezgraniczną radością spojrzał na alabastrową twarz kaprala, znalazł jego
ciemnobłękitne oczy. Oczy, których miał już nie oglądać,a które teraz patrzyły na niego z wyrzutem. I
bardzo kiepsko ukrywanym strachem. Levi chwycił przegub ręki Erwina,
oszołomiony sytuacją próbował uwolnić się z silnego uścisku mężczyzny. Jednak
jedyne na co jego ciało mogło się zdobyć było lekkie szarpnięcie, stanowczo za
słabe by wyrwać się Erwinowi, który trzymał kaprala w stalowym uścisku.
Czarnowłosy ponowił próbę,desperacką i beznadziejną, aż dowódca otrząsnął się z
szoku i kompletnie go unieruchomił. Wiedział, że Levi dla innych jest nieustraszonym
człowiekiem. Że nic nie może go złamać lub przerazić. Znał go wystraczająco
długo, żeby wiedzieć kiedy tylko takiego udaje. I znał jego największy koszmar.
Bezradność. Levi nie bał się śmierci, tytanów,krwi. Bał się
unieruchomienia,ciała, które odmówi mu posłuszeństwa, które nie będzie mogło walczyć. Widok przerażonego
kaprala prawie ponownie go załamał. Ale nie zwolnił uścisku. Nie ważne jak
bardzo bolało to ich obu, teraz to on musiał panować nad nie do końca świadomym
Levim. Z trudem panując nad brzmieniem
swojego głosu, posłał czarnowłosemu stanowcze spojrzenie.
-Przestań się wyrywać. I tak cię nie puszczę – gdy poczuł że
ten ponownie próbuje przejąć panowanie nad swoim ciałem, wzmocnił uścisk i
dodał podniesionym tonem – Przestań natychmiast, to jest rozkaz !
Niebieskie oczy otworzyły się jeszcze szerzej,jednak ich
właściciel spełnił polecenie i zamarł bez ruchu. Wciąż patrzył na Erwina,
oddychał szybko i głęboko, jakby bał się, że zaraz zabraknie mu powierza. Blondyn powoli i bardzo delikatnie wyniósł
chorego na brzeg i okrył swoim płaszczem. Wciąż go trzymał. Z jego złotych
włosów kapały pojedyńcze krople wody. Nawet nie zauważył, że przestało padać i
chmury powoli rozstępują się, odsłaniając błyszczący pod nimi księżyc. Gdy
blada poświata padła na twarz kaprala, dało się dostrzec delikatne rumieńce,
które wstępują na do tej pory blade policzki. Dowódca niechętnie położył
Leviego na ziemi i pragnął wstać, jednak blada dłoń ponownie zacinęła się na
jego ramieniu. Oddech czarnowłosego powoli się uspokajał,jednak jego głos
zadrżał.
- Co się stało ?
Erwin nie miał zamiaru odpowiadać teraz, jednak błękitne
oczy wciąż były utkwione w jego własnych. A bijąca z nich niepewność i prośba
nie pozostawiały żadnego wyboru.
- Dostałeś reakcji alergicznej na leki Hanji. Straciłeś
przytomność i gorączkowałeś.
- Umierałem ?
- Tak – blondyn delikatnie ściągnął ze swojego ramienia
chudą dłoń kaprala i szybkimi ruchami zapiął pas do trójwymiarowego
manewru. Gdy skończył, ponownie zwrócił
całą uwagę na leżącą na ziemi postać, która skuliła się pod jego płaszczem.
Levi drżał z zimna. Erwin niewiele myśląć uklęknął przy nim i otoczył go
ramionami. Gdy czarnowłosy, mimo bezbrzeżnego zdumienia, nie zareagował,
blondyn wzmocnił uścik i przycinął do siebie bezwładne ciało kaprala. Tym razem
ku zdziwieniu blondyna, Levi objął go ręką w pasie,a głowę delikatnie wcisnął w
zagłębienie pod szyją. Kolana podkulił do brzucha, w kontraście z rosłym
mężczyzną przypominał małe dziecko. Bezbronne dziecko. Trwali tak dłuższą chwilę, bojąc się przerwać
milczenie. Nie wiedząć, co powinni powiedzieć w takiej sytuacji. Czy cokolwiek
mówić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz