Chciał być zły. Chciał krzyczeć i tupać. Wrzeszczeć na
mijających go żołnierzy. Wyklinać na wszystko, od słońca po przelatującą
nieopodal muchę. Chciał mordować. Tytanów. Ludzi. Kogokolwiek, cokolwiek. I
dlatego, gdy Erwin zrównał się z nim, podsumował to najlepiej jak umiał.
-Zjebałeś Erwin. Zjebałeś.
Blondyn uśmiechnął się z góry, zmuszając się do ukrycia
grymasu bólu wykrzywiającego jego twarz. Delikatny, przelotny uśmiech na
zlepionej krwią i kurzem twarzy. Najszczerszy, jaki kiedykolwiek dał. I
najpiękniejszy, jaki Levi kiedykolwiek otrzymał. Dlatego podążył za dowódcą aż
na środek placu, pozwoliwszy mu rzucić okiem na swoich ludzi. Nie komentując,
gdy pod nosem przeliczał poniesione straty. I łapiąc go, gdy wykończony
organizm nie umiał dłużej walczyć.
Hanji pomogła mu zanieść Erwina do skrzydła szpitalnego.
Brunet z całych sił próbował oderwać wzrok od zakrwawionego kikuta, wystającego
spod smętnie zwisającego strzępka płaszcza. Levi wciąż pamiętał ciepło tej
dłoni. Miły prąd ciągnący się za nią od karku wzdłuż kręgosłupa. Palce
przesuwające się po wystających żebrach. Pociągające hebanowe kosmyki. Leniwie
przesuwające się po bladych policzkach. Wplecione w jego własne. Kapral starał
się odgonić od siebie natrętne myśli. Czuł się podle, myśląc jedynie o sobie.
Teraz, gdy Erwin przelewał mu się przez palce. Uciekał mu. A Levi czuł, że
nawet będąc tak blisko już nigdy nie będzie mu dane go złapać. Więc kurczowo
zaciskał dłonie na jego kurtce, podążając za Zoe labiryntem korytarzy. I z
trudem pozwalając białym kitlom odebrać sobie nieprzytomnego blondyna. Buntował
się, gdy kazano mu opuścić pomieszczenie. Nie chciał go zostawiać. Nie bez
pożegnania. Nie tak. Nie bez sensu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz