Hanji przyniosła mu herbatę. Czarną, niesłodzoną. I
stanowczo za gorącą. Levi przyjął ją skinieniem głowy i niemal natychmiast
odłożył na stojącym obok stoliku, dokładając do kolorowej mozaiki pustych
kubków, których nikomu nie chciało się wynieść. Kiedyś Levi na sam widok
brudnych naczyń dostałby gęsiej skórki, jednak teraz przyjmował ich obecność z
wyjątkowym dla siebie spokojem, chwilami bezwiednie rozważając do kogo należały
niektóre z naczyń. Był tu jego kubek, najprostszy, czarny. Stojący tu najdłużej
i z pewnością już przyklejony do blatu. Był kubek Erena, z urwanym uchem. I
Jeana, na którym Eren narysował coś, co zapewne miało przypominać konia. No i
kubek Hanji, pokryty przypadkowymi rozważaniami na temat tytanów wyrytymi na
jego ściankach. Kapral złapał się na
rozmyślaniach, jakim cudem wszyscy dorobili się własych naczyń. Przecież
byli w wojsku. Po chuj im były kubki. Koniec końców spojrzał
na najnowszy dodatek do kolekcji, wciąż pełny parującego płynu. Proste białe
naczynie. Bez uszczerbień i zarysowań. Ale z brwiami. Levi pamiętał ten kubek,
choć oficjalnie nigdy nie przynał się do maczania palców w tej sprawie. Erwin,
wbrew ogólnej dozie respektu i powagi, często z niego korzystał. A gdy brunet
spoglądał na niego z powątpiewaniem, zawsze twierdził, że od odrobiny radości z
codziennych rzeczy głowa nie boli. Codzienna rzecz. Kapral wykrzywił
nieznacznie usta w grymasie przypominającym uśmiech. Teraz rozumiał, co blondyn
miał na myśli. Codzienne rzeczy, herabata we własnym kubku, której Erwin nie
umiał zrobić bez wylania odrobiny wody na blat. Codzienna rzecz, odstawienie
pustego kubka na stolik nocny, podczas gdy ciepłe dłonie leniwie przesuwały się
po jego nagich plecach. Levi nie doceniał ich aż do teraz. Mimowolnie ukrył
twarz w dłoniach. I niemalże natychmiast poderwał ją do góry, gdy czyjaś ręka z
całej siły strzeliła go w tył głowy.
- Przestań.
Hanji uśmiechnęła się promiennie, ignorując wściekłe
spojrzenie bruneta.
- A co znowu robię, okularnico ?
- Martwisz się. Znowu. I kontemplujesz te brudne kubki.
Znowu. Pij herbatę, bo ci wystygnie.
Kapral przewrócił oczami i mrucząc pod nosem niecenzuralne
słowa, sięgnął po naczynie.
- A jak ja z niego piłem, to żyć mi nie dawałeś.
Usta Levi’a zastygły na przytkniętym do nich brzegu kubka, a
on sam skierował swój wzrok w stronę drzwi. Erwin schudł, jego własna koszula
wisiała na nim jak na wieszaku, a kości policzkowe prawie przebijały niezdrowo
bladą skórę twarzy. Brunet mimowolnie zerknął na pusty rękaw falujący przy każdym
ruchu Smitha. Dwóch lekarzy pomogło dowódcy dojść do łóżka, które zaskrzypiało
żałośnie, gdy ten opadł na nie całym ciężarem. Pierwszy z lekarzy, podstarzały
i i wyjątkowo nieudolnie ostrzyżony ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Widząc
pogodną Zoe, uśmiechnął się przyjaźnie. Ułamek sekundy później natychmiast
spoważniał, napotykając ciemne spojrzenie kaprala, rzucone znad wciąż
trzymanego przy ustach kubka.
- Tak jak mówiłem już wcześniej, nie ma zagrożenia dla życia
pacjenta. Oczywiście dalej musi się pan oszczędzać i przez najbliższy czas nie
ma mowy do powrotu do obowiązków, ale poza tym nie mam żadnych uwag. Proszę
wypoczywać, panie Smith.
Kończąć to zdanie lekarz momentalnie odwrócił się na pięcie
i wyszedł z pomieszczenia, nie czekając, aż jego asystent podąży za nim. Gdy za
obojgiem wreszcie zamknęły się drzwi Hanji
parsknęła zduszonym śmiechem.
-Jeez, Levi. Przestań straszyć lekarzy, bo sam mu zaczniesz
opatrunki zmieniać.
Widząc wściekłe spojrzenie kaprala Erwin mimowolnie również
parsknął pod nosem.
- Ja myśle, że tym razem to nie jest jego wina. To te brwi
na kubku, zawsze wszystkich odstraszały.
Levi z ukrywanym zdumieniem przypomniał sobie o trzymanym
wciąż przy ustach kubku. Wymruczał kilka przekleństw i zdecydowanie opróżnił
naczynie. Hanji, jak na wyjątkowo irytującą istotę, umiała parzyć herbatę.
- Eh, okularnico, wieczorem przyniose ci te raporty, o które
mnie wczoraj prosiłaś.
- Prosiłam cię o nie trzy dni temu, Armin już mi wszystko
załatwił. Dobra panowie, ja lecę, ktoś musi panować nad ludźmi kiedy nie powiem
kto wygrzewa dupę w wyrku.
Gdy ciężkie, dębowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem Levi
wykrzywił się w zniesmaczonym grymasie.
- Mogła chociaż te kubki wynieść.
- E tam, jak dla mnie są one już częścią krajobrazu.
Widząc uniesione w pytani brwi bruneta Erwin posłał mu
pogodne spojrzenie.
- Odkąd się obudziłem, tu stoją. Przybywa ich i przybywa.
Kiedy ostatni raz stąd wychodziłeś ?
- Nie pamiętam.
Blondyn nagle spoważniał. Ignorując wrogie skrzypienie
materaca, przesunął się na przylegający do ściany kraniec łóżka i wyciągając w
stronę Levi’a ocalałą rękę wskazał puste miejsce na łóżku.
- Chodź do mnie.
Mężczyzna przewrócił oczami, jednak posłusznie podniósł się
z krzesła i delikatnie usiadł na łóżku dowódcy.
- Ktoś może tu wejść...
- Przestań już i chodź tu.
Erwin chwycił Levi’a za przegub dłoni i przyciągnął go do
siebie, zmuszając tym samym do położenia się obok niego. Levi nie prostestował,
wręcz przeciwnie, przysunął się bliżej blondyna, ostrożnie oplatając go rękami w
pasie i wtulając głowę w zagłębienie pod jego szyją. Czuł, jak ciepły oddech
łaskocze go po karku, a chwilę później poczuł również delikatny dotych warg na
czubku głowy.
- Przepraszam, jeżeli cię przestraszyłem.
Na dźwięk tych słów Levi mimowolnie mocniej przylgnął do
ciała dowódcy. Oczywiście, że go przestraszył. Straszył go codziennie, odkąd
wrócił z tym przeklętym zakrwawionym płaszczem. Straszył go mającząc w gorączce
i straszył zostawiając czerwone plamy na białych prześcieradłach. Za każdym
razem, gdy zasypiał na krześl obok łóżka, straszyła go możliwość, że gdy się
obudzi Erwin zniknie. Nawet teraz, gdy leżał wtulony w jego tors i czuł bicie
jego serca pod koszulą, bał się. Bał się tym irracjonalnym strachem, którego
nie umiał logicznie wytłumaczyć i który paraliżował go od środka.
- Po prostu... nie rób tak więcej.
Ciepła dłoń Erwina zmusiła Levi’a do podniesienia głowy i
spojrzenia prosto w błękitne tęczówki.
- Nie proś mnie o coś, czego nie mogę ci zagwarantować.
- To nie była prośba.
Twarz blondyna nabrała nagle groźnego wyrazu. Puścił on
podbródek mężczyzny i niemal apatycznie odsunął go od siebie.
- Jesteśmy żołnierzami. Wracamy. Albo i nie.
Brunet natychmiast poderwał się z łóżka i rzucił blondynowi
wściekłe spojrzenie, nie będąc pewnym jak interpretować jego słowa.
- Nie mów do mnie jak do dziecka Erwin! Nie jesteśmy tymi
którzy wrócili, ale tymi którzy przeżyli, chuje muje i tak dalej. Wracamy, albo
i nie. Głównie nie wracamy, albo wracamy w białych workach. Od kiedy to coś
zmienia?! Żyjemy tak jakby nic się nie stało. Jakbyśmy mieli przed sobą
przyszłość...
- Levi...
- A ja w mojej przyszłości chciałbym widzieć ciebie. Z ręką,
bez ręki. Ale kurwa żywego. Trzymającego mnie tak jak przed chwilą, tak jakby
nikt nigdy nie miał nam przeszkodzić. Naprawdę tak bardzo przeszkadza ci fakt,
że się o ciebie martwię ?!
- TAK, JEŻELI MA CI TO PRZESZKADZAĆ W PEŁNIENIU OBOWIĄZKÓW!
NIE MAM ZAMIARU TRZYMAĆ CIĘ ZE ŚWIADOMOŚCIĄ, ŻE JEŚLI KIEDYŚ PRZESTANĘ TO TWOJA
PRZYSZŁOŚĆ UPADNIE.
Mężczyźni zmierzyli się spojrzeniami. Levi, z którego oczu
ciskały wściekłe gromy. Erwin, z którego oczu biła zimna stal. I który
zdecydował się przerwać narastającą nieznośnie ciszę.
- Jestem zmęczony. Odmaszerować, kapralu.
Więc Levi odmaszerował. Głośnio stukając obcasami i
trzaskając drzwiami z mocą, która przestraszyła siedzące na parapecie ptaki.
Blondyn przez chwilę tępo wpatrywał się w okute wrota, po czym ukrył twarz w
dłoni. Przez chwilę miał ochotę wstać i podążyć za brunetem. Przyciągnąć go do
siebie i nie puszczać. Ale nie zrobił tego. Nie wstał i nie otworzył drzwi. Nie
zobaczył opartej o ścianę obok zgarbionej postaci, również chowającej teraz
twarz w dłoniach. Zamiast tego zacisnął mocno powieki, odpędzając niechciane
łzy i czekając na sen, który jak zwykle nie chciał nadejść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz