Fanfiction

One-shots

Serie własne

Zakrwawione płaszcze cz.3

Przepraszam, że tak długo. Starałam się to wynagrodzić, chapter dłuższy niż zwykle. 


Hanji przyniosła mu herbatę. Czarną, niesłodzoną. I stanowczo za gorącą. Levi przyjął ją skinieniem głowy i niemal natychmiast odłożył na stojącym obok stoliku, dokładając do kolorowej mozaiki pustych kubków, których nikomu nie chciało się wynieść. Kiedyś Levi na sam widok brudnych naczyń dostałby gęsiej skórki, jednak teraz przyjmował ich obecność z wyjątkowym dla siebie spokojem, chwilami bezwiednie rozważając do kogo należały niektóre z naczyń. Był tu jego kubek, najprostszy, czarny. Stojący tu najdłużej i z pewnością już przyklejony do blatu. Był kubek Erena, z urwanym uchem. I Jeana, na którym Eren narysował coś, co zapewne miało przypominać konia. No i kubek Hanji, pokryty przypadkowymi rozważaniami na temat tytanów wyrytymi na jego ściankach.  Kapral złapał się na rozmyślaniach, jakim cudem wszyscy dorobili się własych naczyń. Przecież byli  w wojsku.  Po chuj im były kubki. Koniec końców spojrzał na najnowszy dodatek do kolekcji, wciąż pełny parującego płynu. Proste białe naczynie. Bez uszczerbień i zarysowań. Ale z brwiami. Levi pamiętał ten kubek, choć oficjalnie nigdy nie przynał się do maczania palców w tej sprawie. Erwin, wbrew ogólnej dozie respektu i powagi, często z niego korzystał. A gdy brunet spoglądał na niego z powątpiewaniem, zawsze twierdził, że od odrobiny radości z codziennych rzeczy głowa nie boli. Codzienna rzecz. Kapral wykrzywił nieznacznie usta w grymasie przypominającym uśmiech. Teraz rozumiał, co blondyn miał na myśli. Codzienne rzeczy, herabata we własnym kubku, której Erwin nie umiał zrobić bez wylania odrobiny wody na blat. Codzienna rzecz, odstawienie pustego kubka na stolik nocny, podczas gdy ciepłe dłonie leniwie przesuwały się po jego nagich plecach. Levi nie doceniał ich aż do teraz. Mimowolnie ukrył twarz w dłoniach. I niemalże natychmiast poderwał ją do góry, gdy czyjaś ręka z całej siły strzeliła go w tył głowy.
- Przestań.
Hanji uśmiechnęła się promiennie, ignorując wściekłe spojrzenie bruneta.
- A co znowu robię, okularnico ?
- Martwisz się. Znowu. I kontemplujesz te brudne kubki. Znowu. Pij herbatę, bo ci wystygnie.
Kapral przewrócił oczami i mrucząc pod nosem niecenzuralne słowa, sięgnął po naczynie.
- A jak ja z niego piłem, to żyć mi nie dawałeś.
Usta Levi’a zastygły na przytkniętym do nich brzegu kubka, a on sam skierował swój wzrok w stronę drzwi. Erwin schudł, jego własna koszula wisiała na nim jak na wieszaku, a kości policzkowe prawie przebijały niezdrowo bladą skórę twarzy. Brunet mimowolnie zerknął na pusty rękaw falujący przy każdym ruchu Smitha. Dwóch lekarzy pomogło dowódcy dojść do łóżka, które zaskrzypiało żałośnie, gdy ten opadł na nie całym ciężarem. Pierwszy z lekarzy, podstarzały i i wyjątkowo nieudolnie ostrzyżony ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Widząc pogodną Zoe, uśmiechnął się przyjaźnie. Ułamek sekundy później natychmiast spoważniał, napotykając ciemne spojrzenie kaprala, rzucone znad wciąż trzymanego przy ustach kubka.
- Tak jak mówiłem już wcześniej, nie ma zagrożenia dla życia pacjenta. Oczywiście dalej musi się pan oszczędzać i przez najbliższy czas nie ma mowy do powrotu do obowiązków, ale poza tym nie mam żadnych uwag. Proszę wypoczywać, panie Smith.
Kończąć to zdanie lekarz momentalnie odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia, nie czekając, aż jego asystent podąży za nim. Gdy za obojgiem wreszcie zamknęły się drzwi Hanji  parsknęła zduszonym śmiechem.
-Jeez, Levi. Przestań straszyć lekarzy, bo sam mu zaczniesz opatrunki zmieniać.
Widząc wściekłe spojrzenie kaprala Erwin mimowolnie również parsknął pod nosem.
- Ja myśle, że tym razem to nie jest jego wina. To te brwi na kubku, zawsze wszystkich odstraszały.
Levi z ukrywanym zdumieniem przypomniał sobie o trzymanym wciąż przy ustach kubku. Wymruczał kilka przekleństw i zdecydowanie opróżnił naczynie. Hanji, jak na wyjątkowo irytującą istotę, umiała parzyć herbatę.
- Eh, okularnico, wieczorem przyniose ci te raporty, o które mnie wczoraj prosiłaś.
- Prosiłam cię o nie trzy dni temu, Armin już mi wszystko załatwił. Dobra panowie, ja lecę, ktoś musi panować nad ludźmi kiedy nie powiem kto wygrzewa dupę w wyrku.
Gdy ciężkie, dębowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem Levi wykrzywił się w zniesmaczonym grymasie.
- Mogła chociaż te kubki wynieść.
- E tam, jak dla mnie są one już częścią krajobrazu.
Widząc uniesione w pytani brwi bruneta Erwin posłał mu pogodne spojrzenie.
- Odkąd się obudziłem, tu stoją. Przybywa ich i przybywa. Kiedy ostatni raz stąd wychodziłeś ?
- Nie pamiętam.
Blondyn nagle spoważniał. Ignorując wrogie skrzypienie materaca, przesunął się na przylegający do ściany kraniec łóżka i wyciągając w stronę Levi’a ocalałą rękę wskazał puste miejsce na łóżku.
- Chodź do mnie.
Mężczyzna przewrócił oczami, jednak posłusznie podniósł się z krzesła i delikatnie usiadł na łóżku dowódcy.
- Ktoś może tu wejść...
- Przestań już i chodź tu.
Erwin chwycił Levi’a za przegub dłoni i przyciągnął go do siebie, zmuszając tym samym do położenia się obok niego. Levi nie prostestował, wręcz przeciwnie, przysunął się bliżej blondyna, ostrożnie oplatając go rękami w pasie i wtulając głowę w zagłębienie pod jego szyją. Czuł, jak ciepły oddech łaskocze go po karku, a chwilę później poczuł również delikatny dotych warg na czubku głowy.
- Przepraszam, jeżeli cię przestraszyłem.
Na dźwięk tych słów Levi mimowolnie mocniej przylgnął do ciała dowódcy. Oczywiście, że go przestraszył. Straszył go codziennie, odkąd wrócił z tym przeklętym zakrwawionym płaszczem. Straszył go mającząc w gorączce i straszył zostawiając czerwone plamy na białych prześcieradłach. Za każdym razem, gdy zasypiał na krześl obok łóżka, straszyła go możliwość, że gdy się obudzi Erwin zniknie. Nawet teraz, gdy leżał wtulony w jego tors i czuł bicie jego serca pod koszulą, bał się. Bał się tym irracjonalnym strachem, którego nie umiał logicznie wytłumaczyć i który paraliżował go od środka.  
- Po prostu... nie rób tak więcej.
Ciepła dłoń Erwina zmusiła Levi’a do podniesienia głowy i spojrzenia prosto w błękitne tęczówki.
- Nie proś mnie o coś, czego nie mogę ci zagwarantować.
- To nie była prośba.
Twarz blondyna nabrała nagle groźnego wyrazu. Puścił on podbródek mężczyzny i niemal apatycznie odsunął go od siebie.
- Jesteśmy żołnierzami. Wracamy. Albo i nie.
Brunet natychmiast poderwał się z łóżka i rzucił blondynowi wściekłe spojrzenie, nie będąc pewnym jak interpretować jego słowa.
- Nie mów do mnie jak do dziecka Erwin! Nie jesteśmy tymi którzy wrócili, ale tymi którzy przeżyli, chuje muje i tak dalej. Wracamy, albo i nie. Głównie nie wracamy, albo wracamy w białych workach. Od kiedy to coś zmienia?! Żyjemy tak jakby nic się nie stało. Jakbyśmy mieli przed sobą przyszłość...
- Levi...
- A ja w mojej przyszłości chciałbym widzieć ciebie. Z ręką, bez ręki. Ale kurwa żywego. Trzymającego mnie tak jak przed chwilą, tak jakby nikt nigdy nie miał nam przeszkodzić. Naprawdę tak bardzo przeszkadza ci fakt, że się o ciebie martwię ?!
- TAK, JEŻELI MA CI TO PRZESZKADZAĆ W PEŁNIENIU OBOWIĄZKÓW! NIE MAM ZAMIARU TRZYMAĆ CIĘ ZE ŚWIADOMOŚCIĄ, ŻE JEŚLI KIEDYŚ PRZESTANĘ TO TWOJA PRZYSZŁOŚĆ UPADNIE.
Mężczyźni zmierzyli się spojrzeniami. Levi, z którego oczu ciskały wściekłe gromy. Erwin, z którego oczu biła zimna stal. I który zdecydował się przerwać narastającą nieznośnie ciszę.
- Jestem zmęczony. Odmaszerować, kapralu.

Więc Levi odmaszerował. Głośnio stukając obcasami i trzaskając drzwiami z mocą, która przestraszyła siedzące na parapecie ptaki. Blondyn przez chwilę tępo wpatrywał się w okute wrota, po czym ukrył twarz w dłoni. Przez chwilę miał ochotę wstać i podążyć za brunetem. Przyciągnąć go do siebie i nie puszczać. Ale nie zrobił tego. Nie wstał i nie otworzył drzwi. Nie zobaczył opartej o ścianę obok zgarbionej postaci, również chowającej teraz twarz w dłoniach. Zamiast tego zacisnął mocno powieki, odpędzając niechciane łzy i czekając na sen, który jak zwykle nie chciał nadejść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz