Fanfiction

One-shots

Serie własne

Zakrwawione płaszcze cz.4

Okej, uznajmy, że tej przerwy nie było...


Hanji  niechlujnym ruchem odpędziła plątającą się wokół jej głowy muchę i pozornie skupiając całą swoją uwagę na leżącej na kolanach książkach dyskretnie spoglądała w stronę dowództwa. Wodząc oczami znad szkieł okularów powoli przesuwała spojrzenie z zabandażowanego kikuta Erwina na jego twarz, a następnie szukała wzrokiem jego cienia, który przygarbiony, siedział na parapecie, zdając się ignorować wszystkich i wszystko. Albo rzeczywiście ignorując. Ale Hanji wiedziała. Znała ich obu. Od dawna i od najgorszej strony. Wiedziała, kiedy Erwin nie spał dwie noce,a  kiedy cały tydzień. Dostrzegała, kiedy Levi zmieniał koszule i kiedy dyskretnie podwijał rękawy, gdy koszula nie była jego.  Znała ich nawyki, wyuczone gesty. Krzyżujące się spojrzenia. Skinienie głowy, gdy Erwin szedł do siebie. I pomięte spodnie, gdy Levi rano go opuszczał. I które od dłuższego czasu były nienaganne. Zoe widziała. I martwiła się. Bandaże nie przesiąkały już krwią, do błękitnych tęczówek zdawał się wracać dawny blask. Te stalowe z kolei całkiem zgasły. Nie było już spojrzeń, prychnięć , za którymi chował się uśmiech i łapania za tyłek gdy myśleli, że nikt nie patrzy. A jednak Hanji wiedziała, że nie jest to koniec. Koniec byłby niezauważalny, cichy i subtelny. A po nim nastąpiłaby codzienna rutyna. Teraz była jedynie cisza. Ostra i nieprzerwana, zapowiadająca rychłe oberwanie chmury. Hanji zamknęła książkę i nieśpiesznie wstała, kierując się do wyjścia. To nie na nią czekała burza. Mimo iż byłaby w stanie zrobić wszystko, by załagodzić jej skutki. Cicho zamknęła za sobą drzwi, czując, jak w opuszczonym przez nią pomieszczeniu zrywa się wiatr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz