Hanji niechlujnym
ruchem odpędziła plątającą się wokół jej głowy muchę i pozornie skupiając całą
swoją uwagę na leżącej na kolanach książkach dyskretnie spoglądała w stronę
dowództwa. Wodząc oczami znad szkieł okularów powoli przesuwała spojrzenie z
zabandażowanego kikuta Erwina na jego twarz, a następnie szukała wzrokiem jego
cienia, który przygarbiony, siedział na parapecie, zdając się ignorować
wszystkich i wszystko. Albo rzeczywiście ignorując. Ale Hanji wiedziała. Znała
ich obu. Od dawna i od najgorszej strony. Wiedziała, kiedy Erwin nie spał dwie
noce,a kiedy cały tydzień. Dostrzegała,
kiedy Levi zmieniał koszule i kiedy dyskretnie podwijał rękawy, gdy koszula nie
była jego. Znała ich nawyki, wyuczone
gesty. Krzyżujące się spojrzenia. Skinienie głowy, gdy Erwin szedł do siebie. I
pomięte spodnie, gdy Levi rano go opuszczał. I które od dłuższego czasu były
nienaganne. Zoe widziała. I martwiła się. Bandaże nie przesiąkały już krwią, do
błękitnych tęczówek zdawał się wracać dawny blask. Te stalowe z kolei całkiem
zgasły. Nie było już spojrzeń, prychnięć , za którymi chował się uśmiech i
łapania za tyłek gdy myśleli, że nikt nie patrzy. A jednak Hanji wiedziała, że
nie jest to koniec. Koniec byłby niezauważalny, cichy i subtelny. A po nim
nastąpiłaby codzienna rutyna. Teraz była jedynie cisza. Ostra i nieprzerwana,
zapowiadająca rychłe oberwanie chmury. Hanji zamknęła książkę i nieśpiesznie
wstała, kierując się do wyjścia. To nie na nią czekała burza. Mimo iż byłaby w
stanie zrobić wszystko, by załagodzić jej skutki. Cicho zamknęła za sobą drzwi,
czując, jak w opuszczonym przez nią pomieszczeniu zrywa się wiatr.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz