Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana... ErwinxLevi

To była wina kolana. Tego cholernego kolana. I Hanji. Tej cholernej okularnicy z lekarstwem na wszystko.  A zaczęło się tak niewinnie.


Oddział wrócił zza Siny kilka dni temu, razem z Annie, która wciąż uwięziona w krysztale spoczęła w lochach zamczyska. Levi i Hanji przyglądali się, jak ostatnie łańcuchy oplatające kryształową bryłę napinają się, by w razie przebudzenia powstrzymać tytana, po czym w milczeniu skierowali się w stronę stromych schodów prowadzących na powierzchnię. Właśnie wtedy kobieta zauważyła, że kapral widocznie utyka, a jego zacięta mina coraz gorzej maskuje ból powodowany uszkodzonym kolanem. Wiadomym było, że mężczyzna prędzej odetnie sobie chorą kończynę niż zwróci się do kogokolwiek o pomoc, dlatego postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Nie zrażona odpychającym spojrzeniem kobaltowych oczu podeszła i wzięła go pod rękę, by odciążyć bolącą nogę. Zaskoczony Levi próbował się wyrwać, jednak uścisk Zoe, jak przystało na żołnierza, był wyjątkowo silny. Kobieta spojrzała na niego z politowaniem i nie czekając na tyradę przekleńst i zapewnień , że pedancik ma się świetnie i nie potrzebuje pomocy ,,cholernej okularnicy” postawiła sprawę jasno:
- Nawet nie próbuj. Idziemy do labolatorium i dam ci coś przeciwbólowego. Mój ostatni przeciwnik miał 11 metrów więc uwierz, żadne z ciebie wyzwanie.
Levi posłał jej mordercze spojrzenie, jednak nie próbował protestować. Głownie dlatego , że nie był pewny czy wyrwawszy się jej na schodach da radę utrzymać się na chorej nodze bez stoczenia się w dół niczym worek ziemniaków. Labolatorium, dzięki bogu,znajdowało się tuż obok lochów, więc nikt nie widział jak najsilniejszy w ludzkości kuśtyka oparty o ramię maniaczki tytanów. Wewnątrz sterylnie czystego pomieszczenia śmierdziało chemikaliami. Zapach był tak silny i drażniący, że Levi mimowolnie odkaszlnął. Hanji najwyraźniej przyzwyczaiła się do trujących oparów, bo bezceremonialnie posadziła mężczyznę na jednym z blaszanych stołów i energicznie zaczęła szukać czegoś w jednej ze szklanych szaf. Czarnowłosy próbował ignorować fakt, że na więkości buteleczek które przesuwała kobieta widniał rysunek czaszki. Wreszcie Hanji odwróciła się do niego z tryumfującym uśmieszkiem na twarzy i fiolką jasnego płynu w ręce. Na szczęście nie było na niej żadnego niepokojącego rysunku. Jednak kapral szybko się zreflektował. W jej przypadku to żadna gwarancja. Kobieta chyba zauważyła zwątpienie malujące się na jego twarzy, bo jej uśmiech stał się jeszcze szerszy, a dłonie celowo wybrały możliwie największą z dostępnych strzykawek. Podeszła do niego i nie czekając na pozwolenie podwinęła rękaw jego koszuli, po czym sprawnych ruchem wstrzyknęła podejrzaną substancję w jego ramię.
- Nie patrz tak, to tylko coś przeciwbólowego. Jak nie wierzysz spytaj Erwina, on w porównaniu do ciebie nie próbuje za wszelką cenę wygrać z bólem.  Do jutra powinieneś móc normalnie chodzić, ale z powrotem do treningów musisz poczekać przynajmniej trzy tygodnie. 
Levi przewrócił oczami.
- Nie traktuj mnie jak dziecka.
Jednak Hanji zignorowała kompletnie jego osobę i zaczęła przeglądać najnowsze notatki na temat odmieńców. Kapral westchnął i skierował się w stronę drzwi. O dziwo, kolano zdawało się mniej boleć, a on sam mógł oprzeć się na nim bez groźby bliskiego kontaku z ziemią. Gdy zamykał drzwi, usłyszał cichy szept przedrzeźniającej go Zoe.
-Nie traktuj mnie jak dziecka. Wzrost się zgadza.
Jednak skwitował to dyplomatycznym milczeniem. Gdy chwilę później przemierzał dziedziniec, po tępym bólu kolana pozostało tylko nędzne pulsowanie, a on sam szedł w miarę normalnie. Poczuł na sobie czyjś wzrok i obejrzał się przez ramię, by zobaczyć że dowódca Smith prawie zrównał się z nim krokiem. Na twarzy blondyna malowało się zdziwienie, jednak Levi nie umiał znaleźć jego przyczyny. Erwin dogonił go i bez zbędnych grzeczności wypalił:
-A tobie co się stało ?
-Co mi się miało stać do cholery ? – kapral był wyraźnie zdziwiony pytaniem dowódcy, jednak wszystko stało się jasne, gdy Erwin posłał znaczące spojrzenie jego chorej nodze.
-A, to. Hanji mi coś wstrzyknęła. Nie chce wiedzieć co, ale pomoga więc niech jej będzie.
Wyższy z mężczyzn uspokoił się słysząc  to wyjaśnienie. Niższy zaś , widząc że Erwin nie widzi nic niebezpiecznego w specyfikach okularnicy również postanowił nie rozwodzić się nad zawartością strzykawki. Obaj panowie w milczeniu minęli murek okalający dziedziniec i każdy z nich planował odejść w stronę własnej kwatery, gdy nagle Levi poczuł się, jakby ktoś zgasił światło. Czarna plama zalała mu oczy i tylko ściana zamku uchroniła go przed osunięciem się na ziemię. Erwin błyskawicznie chwycił go i odwrócił przodem do siebie. Twarz kaprala była trupio blada, jednak on sam zdawał się odzyskiwać świadomość, bo po kilku sekudnach odepchnął od siebie blondyna i stanął w pozycji na baczność. Miał zamiar oddalić się bez słowa i zachować resztki godności, jednak widząc strach w oczach dowódcy postanowił trochę go uspokoić.
-To nic, chemiczne opary z labolatorium Hanji powaliłyby konia.
Erwin zdawał się nie być do końca przekonany tłumaczeniem kaprala, jednak skinał głową na znak zrozumienia i wolnym krokiem odszedł w stronę swojej kwatery. Levi czekał, aż sylwetka mężczyzny zniknie za rogiem i oparł się plecami o ścianę. Nie miał pojęcia, dlaczego nagle opuściły go siły, ani tym bardziej dlaczego strach w oczach dowódcy zaniepokoił go bardziej niż fakt, że prawie odleciał. Wziął kilka głębokich oddechów i nieśpiecznym krokiem ruszył w stronę swojego pokoju. Na wszelki wypadek trzymał się blisko ściany, jednak całą trasę udało mu się pokonać bez przykrych niespodzianek. Tego dnia nie odczuwał już żadnych dolegliwości i tym samym upewnił się w twierdzeniu, że jego chwila słabości spowodowana była wizytą u szalonej okularnicy. Następny ranek uświadomił go, jak bardzo się mylił. Już przy wstawaniu ponownie zakręciło mu się w głowie, a gdy tylko dowlókł się do łazienki natychmiast zwrócił całą treść swojego żołądka.  Jednak nawet w takim stanie nie dopuszczał swojej nieobecności na zbiórce i ćwiczeniach. Nawet jeśli nie mógł w nich uczestniczyć. Siłą woli odpędzając kolejne torsje targające jego przewodem pokarmowym i ignorując mroczki przed oczami wziął szybki przysznic i udał się na dziedziniec. Mocne słońce oślepiło go, gdy tylko przekroczył próg i tym samym wpadł prosto na Erena, który z kolei nigdy nie patrzył gdzie lezie. I który po kontakcie z ciałem kaprala wylądował na ziemi, wzbijąjąc w górę tumany kurzu. Chłopak już miał zamiar zwyklinać osobę odpowiedzialną za jego upadek, jednak gdy dostrzegł, że wpadł na przełożonego natychmiast podniósł się z ziemi i zasalutował przed otępiałym mężczyzną.
-Najmocniej przepraszam, kapralu ! Proszę o wybaczenie – po czym, przyglądnowszy się kredowo-białej twarzy Leviego i rejstrując jego zamgolne spojrzenie dodał, nie zastanawiając się zbytnio nad doborem słów – Matko, wygląda pan jak trup. Dobrze się pan czuje ?
Levi  miał zamiar rzucić gówniarzowi mordercze spojrzenie i porządnie skopać dupę za brak szacunku, jednak całe jego ciało odmówiło współpracy. Nogi zamieniły się w galaretę, mimo przyśpieczonego oddechu mężczyzna czuł, że zaczyna mu być duszno. Nagle obraz zawirował i zamiast salutującego przed nim Erena zobaczył skrawek błękitnego nieba. Nim zdąrzył uderzyć o ziemię, czyjeś silne ramiona chwyciły go i zaamortyzowały upadek. Ostanie, co pamiętał, to niebieskie oczy Erwina patrzące na niego z przerażeniem. A potem światło zgasło.
Erwin zauważył, że coś jest nie tak, gdy tylko drobna sylwetka kaprala wychyliła się zza drzwi. Twarz Leviego była jaśniejsza od jego chusty, on sam zdawał się być całkowicie nieobecny. Blondyn chciał jak najszybciej z nim porozmawiać, jednak nie zdąrzył przed Erenem, który dosłownie wpakował się czarnowłosemu pod nogi.  Gdy ten nie zareagował na salutującego przed nim w otoczce kurzu chłopaka, dowódca był pewien że z kapralem dzieje się coś bardzo złego. A gdy zobaczył, że Levi zaczyna powoli osuwać się na ziemię, ostatnie kroki w jego stronę przebył biegiem i padając na kolana złapał mężczyznę, nim ten zdąrzył uderzyć o ziemię. Oczy czarnowłosego patrzyły na niego przez chwilę, jednak zaraz jego powieki opadły,a oddech stał się płytki i urywany. Twarz zaczynała zmieniać kolor z białej na niezdrowo żółtą. Erwin delikatnie odgarnął czarne włosy i dotknął czoła nieprzytomnego kaprala, by przekonać się, że parzy jego dłoń. Levi gorączkował. Ignorując spojrzenia wszystkich zgromadzonych na placu i ostentacyjne szepty podwładnych, dowódca wstał i biorąc Leviego na ręce niczym małe dziecko, szybko udał się w stronę skrzydła medycznego. Po chwili dołączył do niego Mike, wykrzywiając brwi w niemym pytaniu.
- Już wczoraj coś z nim było nie tak. Leć po Hanji, chce wiedzieć co do cholery mu wstrzyknęła.
-Właśnie od niej wracam, ślęczy nad jakimiś papierzyskami, mówiła że do wieczora nie wyjdzie ze swojego biura...
-To jest kurwa ROZKAZ ! – Mike wzdrygnął się mimowolnie, słysząc podniesiony ton Erwina. Bardzo rzadko zdarzało się, by dowóda podnosił głos z okazji innej niż rozkazy wydawane dla kadetów podczas treningów. Zauważył żyły, które pojawiły się na skroni blondyna i bez dalszej zwłoki pobiegł w stronę biura Hanji. Tymczasem Erwin przyśpieszył jeszcze bardziej kroku, uważając przy tym by jak najmniej potrząsać bezwładnym ciałem Leviego. W jego rękach wydawał się jeszcze mniejszy i tak niesamowicie kruchy, że blondyn bał się odłożyć go na szpitalne łóżko. Wciąż spoglądając przez ramię, jakby chciał się upewnić, że Levi wciąż leży bez ruchu, dowódca nalał do pierwszej lepszej miski zimnej wody i odwiązawszy chustę kaprala, położył mu na czole zimny okład. Mimowolnie spojrzał na bladą szyję mężczyzny, przy której jego biała koszula wydawała się brudna. Pozwolił swoim palcom delikatnie przejechać po długiej szramie, ciągnącej się przez całą szerokość szyi Leviego. Kapral nigdy nic nie mówił o pochodzeniu tej blizny, Erwin wiedział o niej tylko dlatego że zauważył ją przy schwytaniu mężczyzny, dawno, dawno temu. Wiedział, że to nie jedyna z jego blizn, ale przypuszczał, że ona jedna z biegiem lat zawsze pozostanie świeża. Niechętnie cofnął swoją dłoń i zmienił okład, który już zdąrzył wyschnąć. Gorączka przybierała na sile.

3 komentarze:

  1. Elo elo trzy dwa zero.

    Jestem ogromnie szczęśliwa, widząc kolejną osobę lubiącą pairing Erwina i Levi'a, a ponadto tworzącą opowiadania z ich udziałem! Mam nadzieję, że z upływem czasu pojawi się nas więcej, bo ta dwójka zasługuje na chwilę uwagi.

    Oneshot przyjemny. Mam wrażenie, że planujesz z niego zrobić opowiadanie i dodać kilka dodatkowych części. Byłby to na prawdę dobry pomysł! ;)

    Gdybym miała dodać coś od siebie, jeśli chodzi o zastrzeżenia, powiedziałabym tylko, że Levi nie ma czarnych oczy, tak jak Erwin nie ma zielonych. Jeśli jednak jest to różnica umyślna, to wybacz moją drobiazgowość.

    Dużych pokładów weny i zapału do pisania! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za opinię :) nie sądziłam że ktokolwiek to przeczyta xD Co do oczu, to jest to moja pomyłka, którą zaraz naprawię, dziękuje za uświadomienie ( nie wiem dlaczego zakodowałam że Erwin ma oczy zielone ) :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Omg... Omg.... Cudowne!
    Kolejna osoba pisząca coś z moim ukochanym paringiem. Jestem taka smutna, że ten paring ma taką małą popularność. Moim zdaniem jest świetny. Uszczęśliwia mnie jednak fakt, że są osoby które coś z nim piszą.

    Co do samego opowiadania, to super! Uwag mieć nie mogę.
    Biorę się za czytanie kolejnych rozdziałów opowiadania.

    OdpowiedzUsuń