To była wina kolana. Tego cholernego kolana. I Hanji. Tej
cholernej okularnicy z lekarstwem na wszystko.
A zaczęło się tak niewinnie.
Oddział wrócił zza Siny kilka dni temu, razem z Annie, która
wciąż uwięziona w krysztale spoczęła w lochach zamczyska. Levi i Hanji
przyglądali się, jak ostatnie łańcuchy oplatające kryształową bryłę napinają
się, by w razie przebudzenia powstrzymać tytana, po czym w milczeniu skierowali
się w stronę stromych schodów prowadzących na powierzchnię. Właśnie wtedy
kobieta zauważyła, że kapral widocznie utyka, a jego zacięta mina coraz gorzej
maskuje ból powodowany uszkodzonym kolanem. Wiadomym było, że mężczyzna prędzej
odetnie sobie chorą kończynę niż zwróci się do kogokolwiek o pomoc, dlatego
postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Nie zrażona odpychającym spojrzeniem
kobaltowych oczu podeszła i wzięła go pod rękę, by odciążyć bolącą nogę. Zaskoczony
Levi próbował się wyrwać, jednak uścisk Zoe, jak przystało na żołnierza, był
wyjątkowo silny. Kobieta spojrzała na niego z politowaniem i nie czekając na
tyradę przekleńst i zapewnień , że pedancik ma się świetnie i nie potrzebuje
pomocy ,,cholernej okularnicy” postawiła sprawę jasno:
- Nawet nie próbuj. Idziemy do labolatorium i dam ci coś
przeciwbólowego. Mój ostatni przeciwnik miał 11 metrów więc uwierz, żadne z
ciebie wyzwanie.
Levi posłał jej mordercze spojrzenie, jednak nie próbował
protestować. Głownie dlatego , że nie był pewny czy wyrwawszy się jej na
schodach da radę utrzymać się na chorej nodze bez stoczenia się w dół niczym
worek ziemniaków. Labolatorium, dzięki bogu,znajdowało się tuż obok lochów,
więc nikt nie widział jak najsilniejszy w ludzkości kuśtyka oparty o ramię
maniaczki tytanów. Wewnątrz sterylnie czystego pomieszczenia śmierdziało chemikaliami.
Zapach był tak silny i drażniący, że Levi mimowolnie odkaszlnął. Hanji
najwyraźniej przyzwyczaiła się do trujących oparów, bo bezceremonialnie
posadziła mężczyznę na jednym z blaszanych stołów i energicznie zaczęła szukać
czegoś w jednej ze szklanych szaf. Czarnowłosy próbował ignorować fakt, że na
więkości buteleczek które przesuwała kobieta widniał rysunek czaszki. Wreszcie
Hanji odwróciła się do niego z tryumfującym uśmieszkiem na twarzy i fiolką
jasnego płynu w ręce. Na szczęście nie było na niej żadnego niepokojącego
rysunku. Jednak kapral szybko się zreflektował. W jej przypadku to żadna gwarancja. Kobieta chyba zauważyła
zwątpienie malujące się na jego twarzy, bo jej uśmiech stał się jeszcze
szerszy, a dłonie celowo wybrały możliwie największą z dostępnych strzykawek.
Podeszła do niego i nie czekając na pozwolenie podwinęła rękaw jego koszuli, po
czym sprawnych ruchem wstrzyknęła podejrzaną substancję w jego ramię.
- Nie patrz tak, to tylko coś przeciwbólowego. Jak nie
wierzysz spytaj Erwina, on w porównaniu do ciebie nie próbuje za wszelką cenę
wygrać z bólem. Do jutra powinieneś móc
normalnie chodzić, ale z powrotem do treningów musisz poczekać przynajmniej
trzy tygodnie.
Levi przewrócił oczami.
- Nie traktuj mnie jak dziecka.
Jednak Hanji zignorowała kompletnie jego osobę i zaczęła
przeglądać najnowsze notatki na temat odmieńców. Kapral westchnął i skierował
się w stronę drzwi. O dziwo, kolano zdawało się mniej boleć, a on sam mógł
oprzeć się na nim bez groźby bliskiego kontaku z ziemią. Gdy zamykał drzwi,
usłyszał cichy szept przedrzeźniającej go Zoe.
-Nie traktuj mnie jak
dziecka. Wzrost się zgadza.
Jednak skwitował to dyplomatycznym milczeniem. Gdy chwilę
później przemierzał dziedziniec, po tępym bólu kolana pozostało tylko nędzne
pulsowanie, a on sam szedł w miarę normalnie. Poczuł na sobie czyjś wzrok i
obejrzał się przez ramię, by zobaczyć że dowódca Smith prawie zrównał się z nim
krokiem. Na twarzy blondyna malowało się zdziwienie, jednak Levi nie umiał
znaleźć jego przyczyny. Erwin dogonił go i bez zbędnych grzeczności wypalił:
-A tobie co się stało ?
-Co mi się miało stać do cholery ? – kapral był wyraźnie
zdziwiony pytaniem dowódcy, jednak wszystko stało się jasne, gdy Erwin posłał
znaczące spojrzenie jego chorej nodze.
-A, to. Hanji mi coś wstrzyknęła. Nie chce wiedzieć co, ale
pomoga więc niech jej będzie.
Wyższy z mężczyzn uspokoił się słysząc to wyjaśnienie. Niższy zaś , widząc że Erwin
nie widzi nic niebezpiecznego w specyfikach okularnicy również postanowił nie
rozwodzić się nad zawartością strzykawki. Obaj panowie w milczeniu minęli murek
okalający dziedziniec i każdy z nich planował odejść w stronę własnej kwatery,
gdy nagle Levi poczuł się, jakby ktoś zgasił światło. Czarna plama zalała mu
oczy i tylko ściana zamku uchroniła go przed osunięciem się na ziemię. Erwin
błyskawicznie chwycił go i odwrócił przodem do siebie. Twarz kaprala była
trupio blada, jednak on sam zdawał się odzyskiwać świadomość, bo po kilku
sekudnach odepchnął od siebie blondyna i stanął w pozycji na baczność. Miał
zamiar oddalić się bez słowa i zachować resztki godności, jednak widząc strach
w oczach dowódcy postanowił trochę go uspokoić.
-To nic, chemiczne opary z labolatorium Hanji powaliłyby
konia.
Erwin zdawał się nie być do końca przekonany tłumaczeniem
kaprala, jednak skinał głową na znak zrozumienia i wolnym krokiem odszedł w
stronę swojej kwatery. Levi czekał, aż sylwetka mężczyzny zniknie za rogiem i
oparł się plecami o ścianę. Nie miał pojęcia, dlaczego nagle opuściły go siły,
ani tym bardziej dlaczego strach w oczach dowódcy zaniepokoił go bardziej niż
fakt, że prawie odleciał. Wziął kilka głębokich oddechów i nieśpiecznym krokiem
ruszył w stronę swojego pokoju. Na wszelki wypadek trzymał się blisko ściany,
jednak całą trasę udało mu się pokonać bez przykrych niespodzianek. Tego dnia
nie odczuwał już żadnych dolegliwości i tym samym upewnił się w twierdzeniu, że
jego chwila słabości spowodowana była wizytą u szalonej okularnicy. Następny
ranek uświadomił go, jak bardzo się mylił. Już przy wstawaniu ponownie
zakręciło mu się w głowie, a gdy tylko dowlókł się do łazienki natychmiast
zwrócił całą treść swojego żołądka.
Jednak nawet w takim stanie nie dopuszczał swojej nieobecności na
zbiórce i ćwiczeniach. Nawet jeśli nie mógł w nich uczestniczyć. Siłą woli
odpędzając kolejne torsje targające jego przewodem pokarmowym i ignorując
mroczki przed oczami wziął szybki przysznic i udał się na dziedziniec. Mocne
słońce oślepiło go, gdy tylko przekroczył próg i tym samym wpadł prosto na
Erena, który z kolei nigdy nie patrzył gdzie lezie. I który po kontakcie z
ciałem kaprala wylądował na ziemi, wzbijąjąc w górę tumany kurzu. Chłopak już
miał zamiar zwyklinać osobę odpowiedzialną za jego upadek, jednak gdy
dostrzegł, że wpadł na przełożonego natychmiast podniósł się z ziemi i
zasalutował przed otępiałym mężczyzną.
-Najmocniej przepraszam, kapralu ! Proszę o wybaczenie – po
czym, przyglądnowszy się kredowo-białej twarzy Leviego i rejstrując jego
zamgolne spojrzenie dodał, nie zastanawiając się zbytnio nad doborem słów –
Matko, wygląda pan jak trup. Dobrze się pan czuje ?
Levi miał zamiar
rzucić gówniarzowi mordercze spojrzenie i porządnie skopać dupę za brak
szacunku, jednak całe jego ciało odmówiło współpracy. Nogi zamieniły się w
galaretę, mimo przyśpieczonego oddechu mężczyzna czuł, że zaczyna mu być
duszno. Nagle obraz zawirował i zamiast salutującego przed nim Erena zobaczył
skrawek błękitnego nieba. Nim zdąrzył uderzyć o ziemię, czyjeś silne ramiona
chwyciły go i zaamortyzowały upadek. Ostanie, co pamiętał, to niebieskie oczy
Erwina patrzące na niego z przerażeniem. A potem światło zgasło.
Erwin zauważył, że coś jest nie tak, gdy tylko drobna
sylwetka kaprala wychyliła się zza drzwi. Twarz Leviego była jaśniejsza od jego
chusty, on sam zdawał się być całkowicie nieobecny. Blondyn chciał jak
najszybciej z nim porozmawiać, jednak nie zdąrzył przed Erenem, który dosłownie
wpakował się czarnowłosemu pod nogi. Gdy
ten nie zareagował na salutującego przed nim w otoczce kurzu chłopaka, dowódca
był pewien że z kapralem dzieje się coś bardzo złego. A gdy zobaczył, że Levi
zaczyna powoli osuwać się na ziemię, ostatnie kroki w jego stronę przebył biegiem
i padając na kolana złapał mężczyznę, nim ten zdąrzył uderzyć o ziemię. Oczy
czarnowłosego patrzyły na niego przez chwilę, jednak zaraz jego powieki opadły,a
oddech stał się płytki i urywany. Twarz zaczynała zmieniać kolor z białej na
niezdrowo żółtą. Erwin delikatnie odgarnął czarne włosy i dotknął czoła nieprzytomnego
kaprala, by przekonać się, że parzy jego dłoń. Levi gorączkował. Ignorując
spojrzenia wszystkich zgromadzonych na placu i ostentacyjne szepty podwładnych,
dowódca wstał i biorąc Leviego na ręce niczym małe dziecko, szybko udał się w
stronę skrzydła medycznego. Po chwili dołączył do niego Mike, wykrzywiając brwi
w niemym pytaniu.
- Już wczoraj coś z nim było nie tak. Leć po Hanji, chce
wiedzieć co do cholery mu wstrzyknęła.
-Właśnie od niej wracam, ślęczy nad jakimiś papierzyskami,
mówiła że do wieczora nie wyjdzie ze swojego biura...
-To jest kurwa ROZKAZ ! – Mike wzdrygnął się mimowolnie,
słysząc podniesiony ton Erwina. Bardzo rzadko zdarzało się, by dowóda podnosił
głos z okazji innej niż rozkazy wydawane dla kadetów podczas treningów. Zauważył
żyły, które pojawiły się na skroni blondyna i bez dalszej zwłoki pobiegł w
stronę biura Hanji. Tymczasem Erwin przyśpieszył jeszcze bardziej kroku,
uważając przy tym by jak najmniej potrząsać bezwładnym ciałem Leviego. W jego
rękach wydawał się jeszcze mniejszy i tak niesamowicie kruchy, że blondyn bał
się odłożyć go na szpitalne łóżko. Wciąż spoglądając przez ramię, jakby chciał
się upewnić, że Levi wciąż leży bez ruchu, dowódca nalał do pierwszej lepszej
miski zimnej wody i odwiązawszy chustę kaprala, położył mu na czole zimny
okład. Mimowolnie spojrzał na bladą szyję mężczyzny, przy której jego biała koszula
wydawała się brudna. Pozwolił swoim palcom delikatnie przejechać po długiej
szramie, ciągnącej się przez całą szerokość szyi Leviego. Kapral nigdy nic nie
mówił o pochodzeniu tej blizny, Erwin wiedział o niej tylko dlatego że zauważył
ją przy schwytaniu mężczyzny, dawno, dawno temu. Wiedział, że to nie jedyna z
jego blizn, ale przypuszczał, że ona jedna z biegiem lat zawsze pozostanie
świeża. Niechętnie cofnął swoją dłoń i zmienił okład, który już zdąrzył
wyschnąć. Gorączka przybierała na sile.
Elo elo trzy dwa zero.
OdpowiedzUsuńJestem ogromnie szczęśliwa, widząc kolejną osobę lubiącą pairing Erwina i Levi'a, a ponadto tworzącą opowiadania z ich udziałem! Mam nadzieję, że z upływem czasu pojawi się nas więcej, bo ta dwójka zasługuje na chwilę uwagi.
Oneshot przyjemny. Mam wrażenie, że planujesz z niego zrobić opowiadanie i dodać kilka dodatkowych części. Byłby to na prawdę dobry pomysł! ;)
Gdybym miała dodać coś od siebie, jeśli chodzi o zastrzeżenia, powiedziałabym tylko, że Levi nie ma czarnych oczy, tak jak Erwin nie ma zielonych. Jeśli jednak jest to różnica umyślna, to wybacz moją drobiazgowość.
Dużych pokładów weny i zapału do pisania! :)
Dziękuje za opinię :) nie sądziłam że ktokolwiek to przeczyta xD Co do oczu, to jest to moja pomyłka, którą zaraz naprawię, dziękuje za uświadomienie ( nie wiem dlaczego zakodowałam że Erwin ma oczy zielone ) :)
OdpowiedzUsuńOmg... Omg.... Cudowne!
OdpowiedzUsuńKolejna osoba pisząca coś z moim ukochanym paringiem. Jestem taka smutna, że ten paring ma taką małą popularność. Moim zdaniem jest świetny. Uszczęśliwia mnie jednak fakt, że są osoby które coś z nim piszą.
Co do samego opowiadania, to super! Uwag mieć nie mogę.
Biorę się za czytanie kolejnych rozdziałów opowiadania.