BZZZZ....
Nie.
BZZZZ!!!
Proszę,nie.
BZZZZ!!!
Nosz kurwa mać !
Blada ręka wystrzeliła spod pościeli i wściekle zaatakowała
budzik, który głośnym i irytującym pikaniem ogłaszał, że wybiła 6 rano.
Właściciel ręki wierzgnął niespokojnie po czym leniwie zwlókł się z łóżka i
skierował w stronę łazienki. Mimo, iż zamieszkiwał dany pokój od kilku dni,
wciąż nie mógł przywyknąć do prywatności, którą zapewniało nowe mieszkanie. Z
pozoru zaspany, czujnie rejstrował otoczenie za oknem i nasłuchiwał głosów z korytarza.
Jednak niezmącona cisza, przerywana jedynie porannym jazgotem ptaków za oknem
utwierdziła go w fakcie, że nawet wychowacy wciąż śpią. Bezszelestnie
przekroczył próg łazienki i mimo, że mieszkał sam oraz drzwi do jego pokoju
były zamknięte, przekręcił klucz w zamku. Doczłapał do umywalki i nieświadomie
zaczął przyglądać się swojemu odbiciu. A raczej temu, co sięgało do poziomu
tafli lustra. Levi już dawno przestał się zastanawiać, dlaczego wszystkie
lustra wiesza się na poziomie ludzi metr osiemdziesiąt. Ze skupieniem
przyglądał się swojej twarzy, jak zawsze dziwnie bladej i z widocznymi worami
pod oczami. Jego czarne włosy, w standardowym nieładzie, sterczały na wszystkie
strony niczym nieudane gniazdo. Mimowolnie przeczesał palcami dolną część głowy,
która była zgolona. Sam przed sobą nie umiał tego przyznać, jednak lubił
szorstkie uczucie temu towarzyszące. Gdy tylko zauważył co robi, natychmiast
opuścił rękę i posłał samemu sobie mordercze spojrzenie. Kobaltowe oczy
patrzyły na niego z drugiej strony lusta. Oceniały go. Oceniały jego metr
sześćdziesiąt, ledwo sięgający do wyższych półek w łazience. Oceniały
naznaczoną kilkoma bliznami szyję i blade obojczyki, odsłaniane przez
rozciągnięty dekolt stanowczo zbyt dużej koszulki. Jednej z niewielu, które
miał. Wreszcie oczy przeniosły się z
jego osoby na szczoteczkę i pastę do zębów. Chłopak energicznie mył zęby, jakby
czas nieustannie go gonił. A nie gonił. Do rozpoczęcia roku pozostało jeszcze
ponad 4 godziny. Ale Levi nie mógł spać. Wraz z każdym dniem zbliżającym go do
1 września spał coraz mniej. I miał coraz więcej koszmarów. Skończywszy mycie
zębów, zanużył twarz w lodowatej wodzie. Pozwolił, by końcówki jego włosów
zamokły,a gdy się wyprostował, by kapiąca z nich woda spływała mu po plecach.
Szybko poprawił ułożenie przedmiotów na półce i
pchnięty nagłą myślą, zdecydował sie wziąć prysznic. Starannie złożył
swoją ,,piżamę” i wszedł do kabiny.
Automatycznie puścił jedynie zimną wodę. Stał. Myślał. Kalkulował. Nie rozumiał
co do cholery robi w tej szkole. Dlaczego tutaj trafił ani co miało z tego
wyniknąć. Poprawczak zdecydowanie bardziej pasowałby do jego osoby. Odrapane
ściany i odpryskujący z paneli lakier były by bardziej w jego typie niż czyste
pokoje i dębowe podłogi. Mimo, iż z głębi serca nienawidził brudu, w tym
miejscu czuł sie jak wyciągnięty wprost ze śmietnika. Co w zasadzie dla wielu
innych uczniów mogłoby się zgadzać. To nie było jego miejce. Szkoła, gdzie co
druga osoba jest geniuszem, a co trzecią stać aby wykupić całą placówkę. Liceum
dla milionerów i wybitnie uzdolnionych nastolatków. A nie dla przybłędy.
Czarnowłosy ze złością zakręcił wodę i obwiązawszy ręcznik wokół bioder,
wyszedł do pokoju w poszukiwaniu swojego mundurka. Miał nosić mundurek. Proste
czarne spodnie i marynarkę. Białą koszulę. I krawat. Kazano mu ubrać krawat.
Levi uśmiechnął siew myślach, mimo, że na jego twarzy nie ukazały się żadne
emocje. Nikt go nie zmusi do ubrania tego gówna. Delikatnie otworzył jedną z
przypadających mu szuflad i wyciągnął białą wstęgę materiału. Wolną ręką
zagarnął idealnie ułożony mundurek i szybkim krokiem wrócił do łazienki.
Przekręcając klucz w zamku, gdy tylko zamknął drzwi. Po kilku chwilach wrócił
do pokoju, w pełni ubrany i gotów do wyjścia. Ku zdziwnieniu chłopaka, mundurek
okazał się całkiem wygodny. A żabot, który zawiązał zamiast krawata znaczniej
bardziej do niego pasował. Przez chwilę zastanawiał się, czy fakt, że nie ubrał
się zgodnie z etykietą będzie miał jakiekolwiek znaczenie, jednak porzucił te
myśli. I tak prędzej czy później stąd wyleci. Levi skierował swój pozbawiony
emocji wzrok na zegarek. Szósta trzydzieści. A uroczystość zaczyna się o
jedenastej. Chłopak przeciągnął rozpostartą dłonią po czole. Czuł, że czekanie
na nieuniknione w pokoju go zabije. Niczym cień przemknął do drzwi i zamykając
je za sobą z cichym skrzypnięciem,
nerwowym krokiem zaczął przemierzać długi korytarz. Tak jak przewidywał,
wychowawcy wciąż smacznie spali, zaś pozostałe pokoje, które w niedługiej
przyszłości mieli zapełnić uczniowie, pozostawały puste. Szatyn nie spodziewał
się spotkać na korytarzu nikogo, tym większe było jego zdziwienie, gdy zza rogu
wynurzyła się wysoka postać, ciągnąca za sobą walizkę. Postać okazała sie
rosłym blondynem, o atletycznej budowie i wyjątkowo niebieskich oczach. Oczach,
które po skrzyżowaniu się z oczami Levi’a skupiły na nim całą swą uwagę. Mężczyźni minęli się na wstrzymanym oddechu,
co obaj uświadomili sobie po fakcie. Levi mimowolnie obejrzał się przez ramię,
śledząc blondyna wzrokiem. A gdy zauważył, że ten wchodzi do jego pokoju,
automatycznie pobiegł za nim. Z impetem otworzył drzwi i zmierzył intruza
morderczym spojrzeniem, które ten całkowicie zignorował. Zostawiając swoją na
wpół otwartą walizkę i zdejmując torbę z laptopem, podszedł do wściekłego
chłopaka i wyciągnął dłoń.
- Erwin Smith, nowy współlokator. Miło mi.
Levi’a zatkało. Pierwszy i chyba ostatni raz w życiu nie
wiedział jak się zachować. Owszem, poinformowano go że nie będzie mieszkał sam,
gdyż pokoje w internacie są dwu-osobowe. Jednak wytrwale ignorował ten fakt,
gorąco wierząc w to, że jakimś cudem wychowawcy nie okażą się całkowitymi
debilami. Bo tylko debile mogliby dać mu kogoś do pokoju. Najwidoczniej
wicedyrektor, który go znalazł, postanowił od początku uprzykrzać mu życie.
Szatyn powoli otrząsnął się z szoku, jakiego doznał po pojawieniu się blondyna
i mimowolnie uścisnął mu dłoń, sycząc przez zęby:
-Levi. I uwierz, nie będzie ci miło.
Brwi Erwina uniosły się do góry, jednak nie skomentował on
jawnej groźby, jaka padła z ust nowego wpółlokatora. Uśmiechnął się przyjaźnie
i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozpakowywania swoich rzeczy.
- Na którym roku jesteś ? – zagadnął nagle, wyrywając Levi’a
z dziwnego otępienia.
- Na pierwszym.
Smith oderwał wzrok od sterty koszulek, które właśnie miał
zamiar włożyć do szafy i przeniósł go na szatyna.
- Niemożliwe. Były już spotkania klasowe, nikogo nowego nie
przyjmują po zakończeniu klasyfikacji. Skąd ty właściwie tutaj trafiłeś ?
W kobaltowych oczach błysnęło coś złowieszczego. Erwin
szybko doszedł do wniosku, że nowo poznany chłopak nie jest tutaj kolejnym
genialnym uczniem. Jego postawa wskazywała na arogancję, jednak inną niż tą z
którą mierzył się całe życie uczęszczając do prywatnych szkół. Z ciemnych uczu biła dziwna siła, jakby agresja
zmieszana z frustracją. Smith szybko wyczytał z jego postawy, że chłopak nigdy
nie zamierzał tutaj trafić. A następujące po jego domyśleniach słowa Levi’a
całkowicie utwierdziły go w tym stwierdzeniu.
- Ze slumsów.
Bardzo dziękuję za dedykacje. Nawet nie wiesz jak to człowieka uszczęśliwia :D.
OdpowiedzUsuńOdnośnie fanfica. Moim zdaniem bardzo dobry pomysł. Widziałam już opowiadania z SnK gdzie bohaterowie byli osadzeni w naturalnym dla nas świecie, ale najczęściej było to z paringiem Eren x Levi za którym nie przepadam.
Fabuła... ciekawie się zaczyna i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
Bardzo fajnie się zapowiada... Postacie są świetnie opisane, fabuła także... Co tu dużo pisać, jest świetnie. Lecę czytać następny rozdział i czekam na następne.
OdpowiedzUsuń