Był Erwin, to teraz Levi dla równowagi. I kolejne zmagania z pierwszą osobą..
Ciągną mnie niczym
psa. Kopią i popychają, jednak boją się spojrzeć mi w oczy. Mocno ściskają
łańcuch, mimo iż nie próbuję się wyrwać. Dłonie zaczynają nieprzyjemnie mrowić,
a palce cierpnąć od zbyt ciasno zaciśniętych kajdan na moich nadgarstkach.
Włosy lepią mi się do czoła, czarne splątane strąki wpadają mi do oczu, jednak
nie mogę ich odgarnąć. Czuje zaschniętą krew na mojej twarzy, zmieszaną z potem
i kurzem. Wyglądam żałośnie. Schylam niżej głowę i uśmiecham się ironicznie.
Jakie to ma teraz znaczenie. Mimowolnie lustruję moje bose stopy. Skurwysyny
wzięli mi nawet buty. Przez wyrwane
dziury w spodniach widzę siniaki na moich bladych nogach. Duże, fioletowe blamy
na mlecznej skórze. Reszta mojego ciała musi wyglądać podobnie, oprócz pleców.
Nawet przez materiał koszuli z pewnością widać na nich czerwone pręgi. Ciekawe, czy na ubraniu mam krwawe ślady. Teraz już nic mnie nie zdziwi. Chwilami
chciałbym zrozumieć, dlaczego. Nikt mi nie powiedział. I już raczej nie
zamierza. Nienawidzę takiej niekompetencji. Prawie tak bardzo jak nienawidzę
bezsensownej śmierci. Szkoda, że tym razem to ja umrę. Przez wąskie okna widzę
podest i luźno zwisającą pętlę. Czeka na mnie. Już stąd mogę dostrzec jak
wysoko ją powiesili. Widocznie nie mogli się oprzeć szansie upokorzenia mnie
jeszcze bardziej. Wywracam się na schodach, pchnięty przez któregoś z
żandarmów. Skrępowane na plecach ręce nie stanowią żadnego oparcia, mój
policzek boleśnie uderza o kamienne stopnie. Czuję w ustach metaliczny posmak
krwi. Prycham wzgardliwie w podłogę. Już za chwilę nie będę nic czuć.
Pocieszające. Chwytają mnie za włosy i podnoszą do pionu, ciągną dalej po
schodach, aż trafiamy na prawie pusty plac. Słońce schowało się za chmurami,
zbiera się na deszcz. Wciągam głęboko powietrze, rozkoszując się jego smakiem i
zapachem. Rozpęta się burza. Kilka kruków wzbija się do lotu, ich odgłos
przypomina mi wszystkie wyprawy. Krążące nad tupami czarne smugi. Dzisiaj będą
krążyć nade mną. Łańcuch ciągnie mnie dalej, aż na podwyższenie. Drewno jest
zimne i szorstkie, chłód kłuje moje stopy. Rozglądam się mimowolnie. Kilka
sylwetek stoi przed szubienicą, jednak boją się spojrzeć wprost na mnie. Wszystkie,
oprócz jednej. Duże, niebieskie oczy śledzą mój każdy ruch, odnajdują moje
własne oczy. Błękitne spojrzenie przewierca mnie na wylot, a ja uświadamiam
sobie coś, do czego nigdy się nie przyznam. Nie chcę umierać. Tak cholernie nie
chcę umierać. Nie tutaj, nie tak. Nie na ich oczach. Nie na jego oczach. Widzę,
jak maskuje ból na swojej twarzy. Ciekawe, czy widzi smutek, który dominuje w
moich źrenicach. Chciałbym posłać mu teraz inne, pewne spojrzenie. Takie, do
jakiego go przyzwyczaiłem. Ale nie potafię. Jedyne co umiem mu przekazań to
jedno wielkie błaganie. Pomóż mi. Wiem, że go krzywdzę. Wiem, że w tym wypadku
jest całkiem bezradny. Zimne ogniwa łańcucha wpijają się w moje ciało, gdy
żandarmi ciągną mnie na miejsce. Pod wiszącą pętlę. Nie sięga do mojej szyi,
muszą ją zniżyć. Sekundy dłużą się niczym lata. Szorstki sznur zaciska się na
mojej krtani. Wciągam powoli powietrze. Stoję na baczność, odważam się ostatni
raz spojrzeć na stojącą na dole postać, okrytą zielonym zwiadowczym płaszczem.
Chciałem wysilić się na uśmiech, ale zamiast tego jedynie mechanicznie poruszam
ustami.
- Przepraszam
Na podest zaczynają
spadać ciężkie krople. Słyszę odgłos zapadni i czuję, jak opadam w dół. Niczego
nie żałuję. Sznur się napina. Dostrzegam krążące nade mną kruki. Czerń rozlewa
się w moich oczach. Nie czuję już bólu. Nie czuję nic.
Samotna postać stoi na pustym placu, pustym wzrokiem patrząć
na poruszanego wiatrem wisielca. Deszcz wkrada się pod jej płaszcz, zimnymi
strugami spływając po twarzy i plecach. Jej niebieskie oczy są puste, dłonie
zaciśnięte w pięści. A samotny wisielec kołysze się na wietrze.
:(
OdpowiedzUsuńwiem, bardzo konstruktywny komentarz :(