Fanfiction

One-shots

Serie własne

Widzę kruki.

Był Erwin, to teraz Levi dla równowagi. I kolejne zmagania z pierwszą osobą..


Ciągną mnie niczym psa. Kopią i popychają, jednak boją się spojrzeć mi w oczy. Mocno ściskają łańcuch, mimo iż nie próbuję się wyrwać. Dłonie zaczynają nieprzyjemnie mrowić, a palce cierpnąć od zbyt ciasno zaciśniętych kajdan na moich nadgarstkach. Włosy lepią mi się do czoła, czarne splątane strąki wpadają mi do oczu, jednak nie mogę ich odgarnąć. Czuje zaschniętą krew na mojej twarzy, zmieszaną z potem i kurzem. Wyglądam żałośnie. Schylam niżej głowę i uśmiecham się ironicznie. Jakie to ma teraz znaczenie. Mimowolnie lustruję moje bose stopy. Skurwysyny wzięli  mi nawet buty. Przez wyrwane dziury w spodniach widzę siniaki na moich bladych nogach. Duże, fioletowe blamy na mlecznej skórze. Reszta mojego ciała musi wyglądać podobnie, oprócz pleców. Nawet przez materiał koszuli z pewnością widać na nich czerwone pręgi. Ciekawe, czy na ubraniu mam krwawe ślady. Teraz już nic mnie nie zdziwi. Chwilami chciałbym zrozumieć, dlaczego. Nikt mi nie powiedział. I już raczej nie zamierza. Nienawidzę takiej niekompetencji. Prawie tak bardzo jak nienawidzę bezsensownej śmierci. Szkoda, że tym razem to ja umrę. Przez wąskie okna widzę podest i luźno zwisającą pętlę. Czeka na mnie. Już stąd mogę dostrzec jak wysoko ją powiesili. Widocznie nie mogli się oprzeć szansie upokorzenia mnie jeszcze bardziej. Wywracam się na schodach, pchnięty przez któregoś z żandarmów. Skrępowane na plecach ręce nie stanowią żadnego oparcia, mój policzek boleśnie uderza o kamienne stopnie. Czuję w ustach metaliczny posmak krwi. Prycham wzgardliwie w podłogę. Już za chwilę nie będę nic czuć. Pocieszające. Chwytają mnie za włosy i podnoszą do pionu, ciągną dalej po schodach, aż trafiamy na prawie pusty plac. Słońce schowało się za chmurami, zbiera się na deszcz. Wciągam głęboko powietrze, rozkoszując się jego smakiem i zapachem. Rozpęta się burza. Kilka kruków wzbija się do lotu, ich odgłos przypomina mi wszystkie wyprawy. Krążące nad tupami czarne smugi. Dzisiaj będą krążyć nade mną. Łańcuch ciągnie mnie dalej, aż na podwyższenie. Drewno jest zimne i szorstkie, chłód kłuje moje stopy. Rozglądam się mimowolnie. Kilka sylwetek stoi przed szubienicą, jednak boją się spojrzeć wprost na mnie. Wszystkie, oprócz jednej. Duże, niebieskie oczy śledzą mój każdy ruch, odnajdują moje własne oczy. Błękitne spojrzenie przewierca mnie na wylot, a ja uświadamiam sobie coś, do czego nigdy się nie przyznam. Nie chcę umierać. Tak cholernie nie chcę umierać. Nie tutaj, nie tak. Nie na ich oczach. Nie na jego oczach. Widzę, jak maskuje ból na swojej twarzy. Ciekawe, czy widzi smutek, który dominuje w moich źrenicach. Chciałbym posłać mu teraz inne, pewne spojrzenie. Takie, do jakiego go przyzwyczaiłem. Ale nie potafię. Jedyne co umiem mu przekazań to jedno wielkie błaganie. Pomóż mi. Wiem, że go krzywdzę. Wiem, że w tym wypadku jest całkiem bezradny. Zimne ogniwa łańcucha wpijają się w moje ciało, gdy żandarmi ciągną mnie na miejsce. Pod wiszącą pętlę. Nie sięga do mojej szyi, muszą ją zniżyć. Sekundy dłużą się niczym lata. Szorstki sznur zaciska się na mojej krtani. Wciągam powoli powietrze. Stoję na baczność, odważam się ostatni raz spojrzeć na stojącą na dole postać, okrytą zielonym zwiadowczym płaszczem. Chciałem wysilić się na uśmiech, ale zamiast tego jedynie mechanicznie poruszam ustami.
- Przepraszam
Na podest zaczynają spadać ciężkie krople. Słyszę odgłos zapadni i czuję, jak opadam w dół. Niczego nie żałuję. Sznur się napina. Dostrzegam krążące nade mną kruki. Czerń rozlewa się w moich oczach. Nie czuję już bólu. Nie czuję nic.


Samotna postać stoi na pustym placu, pustym wzrokiem patrząć na poruszanego wiatrem wisielca. Deszcz wkrada się pod jej płaszcz, zimnymi strugami spływając po twarzy i plecach. Jej niebieskie oczy są puste, dłonie zaciśnięte w pięści. A samotny wisielec kołysze się na wietrze. 

1 komentarz: