Fanfiction

One-shots

Serie własne

Shingeki no kyojin - rozdział 2

Koszmar 16 października


Czuł, jak małe igiełki wbijają się w jego ciało, jak nagły dreszcze przesuwa się wzdłuż mięśni powodując skurcz i odrętwienie.  Następnym, co poczuł, był dominujący chłód rozchodzący się po górnym odcinku ciała, łapiąc go w swoje szpony i unieruchamiając. A potem był śmiech. Głośny, szczery, wkręcający się do mózgu i powodujący miarowy, pulsujący ból głowy.  Levi, z trudem panując nad wybuchem gniewu, powoli otworzył oczy i lodowatym spojrzeniem zmierzył stojącą nad jego łóżkiem postać. Hanji, wciąż śmiejąc się jak idiotka, odstawiła na ziemię puste wiadro, którego lodowata zawartość kilka sekund wcześniej wylądowała na głowie śpiącego mężczyzny.  Kobieta, jak zawsze, nic sobie nie robiąc z morderczego spojrzenia kaprala odezwała się wesoło i stanowczo, stanowczo za głośno:
- To za nocną pobudkę pedanciku ! Wstawaj, zaspałeś na śniadanie i przedpołudniowe ćwiczenia. Nawet Erwin jest zdezorientowany twoją nieobecnością – Zoe na powrót chwyciła wiadro i machając mu na pożegnanie wyszła, zostawiając mokre plamy na czystej podłodze.  Levi otarł wodę z oczu wierzchem dłoni i starając się przezwyciężyć narastający ból głowy spojrzał w okno. Dzień był ciepły, a stojące wysoko w górze słońce oznajmiało, że zbliża się południe.
Nosz kurwa...
Mężczyzna szybko zerwał się z łóżka, jednak poczuwszy mdłości szybko usiadł na jego skraju.  Wziął głęboki oddech i , tym razem już spokojniej, wstał i skierował się do łazienki, ignorując wodę kapiącą mu z wciąż zbyt długich włosów. Wiedział, że z takim kacem i buntującym się żołądkiem trójwymiarowy manewr będzie jego mogiłą, dlatego zdecydował się na najbardziej desperacki krok. Krzywiąc się z niesmakiem pochylił się nad muszlą i zrobił to, co i tak było nieuniknione- siarczyście zwymiotował. Po piętnastu minutach, gdy, odświeżony szybkim prysznicem i w pełni umundurowany, schodził niczym duch po schodach, po targających nim torsjach nie pozostało już śladu, jednak ból głowy wciąż co jakiś czas dawał o sobie znać tępym pulsowaniem.  Po ilościach ludu pełznących szaro-zieloną masą w kierunku jadalni doszedł do wniosku, że trafił na porę obiadową. Wzruszył ramionami, skoro omięło go śniadanie to dobrze się złożyło.  Zachowując marmurową maskę i ignorując zdziwone spojrzenia młodszych podwładnych zdecydowanym krokiem wszedł do sali głownej pełniącej zarówno fukcje jadalni jak i miejsca spotkań. Erwin na widok czarnych włosów zmierzających w stronę stołu dowódctwa zmarszczył brwi z przyganą, za to Hanji sprawiała wrażenie rozanielonej. Jej chytry uśmieszek powinnien zaalarmować kaprala, że coś się święci, jednak resztki alkoholu krążące w jego krwi skutecznie zaburzały jego zwykle idealną ocenę sytuacji.  Nie zwracając uwagi na nikogo cicho zajął swoje miejsce za stołem i własnie zamierzał sięgnąć po szklankę, gdy czyjaś ręka boleśnie zacisnęła się na jego nadgarstku.  Nie zwalniając chwytu ani nie zmniejszając jego nacisku Erwin ruchem głowy nakazał kapralowi żeby wstał. Zdumiony Levi nawet nie próbował protestować. Cała sala ucichła, z uwagą rejstrując niecodzienny rozwój wypadków wśród dowódctwa. Wyższy z mężczyzn przebiegł wzrokiem po sali i natrafiając na któregoś z najświeższych członków zwiadowców zadał mu pytanie, które w jednej sekundzie obudziło niezbyt kontaktującego kaprala i jednocześnie zbudziło u niego dawno uśpioną chęć mordu względem przełożonego.
- Ty, Keichii. Jaka jest kara za zaspanie i nieobecność na śniadaniu i obowiązkowym treningu ?
Młody zwiadowca zawachał się wyraźnie, gdy mordercze spojrzenie kaprala spoczęło na nim, jednak twarz dowódcy jasno dawała do zrozumienia, że oczekuje on poprawnej odpowiedzi.
- Za nieobecność na śniadaniu cały dzień bez jedzenia, sir. Za opuszczenie treningu dodatkowe 20 kółek wokół pola treningowego przed i po popołudniowych ćwiczeniach, sir.
-Dobra odpowiedź żołnierzu siadaj. Kapralu, wierzę że zrozumiałeś przekaz.

- Tak jest, sir – szept, który mimo zaciśniętych aż do bólu zębów wydostał się z ust czarnowłosego, zawierał w sobie tyle gniewu i nienawiści, że osoby siedzące najbliżej stołu dowódctwa mimowolnie skuliły się na swoich krzesłach. Gdy Smith puścił nadgarstek,Levi dumnie wyszedł z sali. Hanji, która jako jedna z nielicznych zupełnie nie bała się małego człowieczka, zauważyła, że dopóki ten nie zamknął za sobą drzwi, wszyscy z jego podwładnych mimowolnie wstrzymywali oddech.
Jesienna pogoda zwyczajnie z niego kpiła. Zgodnie z zarządeniem, wraz z początkiem października wszyscy żołnierze muszą zmienić cienkie kurtki na te cieplejsze, z podwójną podszewką. Podczas gdy za zewnątrz wiało, a zimny deszcz smagał po plecach zmiana ta była wręcz zbawienna. Jednak gdy, tak jak teraz, słońce prażyło niemiłosiernie a temperatura mimo środka miesiąca sięgała ponad 20 stopni, Levi czuł się jak gotująca się żywcem parówka. Już po 2 kółkach był pewny, że nie wytrzyma ani chwili dłużej w pełnym mundurze. Uważnie przyjrzał się zegarowi słonecznemu ustawionemu tuż obok wejścia na plac. 13.15. Około. Czyli do popołudniowego treningu zostało jakieś 45 minut. Kapral rozejrzał się uważnie, jednak cała otaczająca go przestrzeń zdawała się być jak wymarła. Wszyscy członkowie zwiadowców, który skończyli już obiad, musieli udać się do swoich kwater. Mężczyzna westchnął i zaczął zdejmować górne części garderoby, które mimo dość krótkiej rozgrzewki, już zdąrzyły przykleić się do jego spoconego ciała. Jak zawsze, złożył wszystko w równą kostkę i odłożył na pobliską ławkę. Dokładnie ją wcześniej przetarwszy. Z ulgą, ukrytą pod standardową maską obojętności i znudzenia, energicznym truchtem ruszył przed siebie. Złość na dowódcę i Hanji kotłowała się w jego głowie, jego umysł nieświadomie powtarzał mantrę
Zabiję Erwina. Zabiję Hanji. Zabiję Erwina. Zabiję Hanji. Nosz kurwa no.
I tak w kółko. Pogrążony w planach nigdy nie mającej nadejść zemsty  kapral nawet nie zauważył, że plac stopniowo zaczął zapełniać się ludźmi. Wybiła 14, wszyscy punktualnie stawili się na trening. Jednak tym razem zamiast wesołego gwaru rozmów i spontanicznych wybuchów śmiechu  panowała głęboka i niezmącona cisza. Nikt nie podchodził bliżej pola treningowego, wszyscy niczym zastygli zatrzymali się kilkanaście metrów dalej i niczym zahipnotyzowani śledzili każdy krok kaprala, który całkowicie stracił poczucie czasu i zupełnie nie zawracał sobie głowy liczeniem kółek, które miał przebiec. Eren wraz z Arminem stali w jednym z pierwszych rzędów, gdy Levi , wciąż nieświadomy niczyjej obecności, przebiegł tuż przed ich oczami. Eren otworzył szerzej oczy, Armin wraz z kilkoma innymi zwiadowcami zadrżeli mimowolnie, gdy zobaczyli plecy małego człowieczka.  Jednak to nie mięśnie, wyraźne zarysowane pod bladą skórą, drgające przy każdym kroku i potwierdzające idealną kondycję mężczyzny wywołały to uczucie. Plecy kaprala, mimo iż prawie w całości pokryte misternym tatuażem skrzydeł wolności, poorane były bliznami. Niektóre z nich były stare i małe, sprawiające wrażenie nieudanej zabawy w lesie, jednak znaczna większośc była duża i głęboka. Szczególną uwagę przykuwała jedna z nich, która ciągnęła się od prawej łopatki aż do lewego biodra. Wprawne oko z łatwością mogło dostrzec, że okaleczenie spodowowane było cięciem mieczem, a sama rana wymagała szycia.  Jean dostrzegł także coś więcej. Na lewym barku, tuż obok zakończenia tatuażu, widniały dwie różniące się od pozostałych blizny w postaci czerwonych kropek.
- Blizny po kulach – chłopak prawie podskoczył ze strachu, słysząc ostentacyjny szept Hanji przy swoim uchu.  Kobieta, zgodnie ze swoim zwyczajem, zmaterializowała się znikąd i wtopiona w tłum brązowych kurtek również śledziła ćwiczącego kaprala. Jej zwykle wesołe oczy zdawały się teraz wyblakłe, szkła gogli nie umiały ukryć kryjącego się w nich smutku.  Właśnie miała zebrać się w sobie i uświadomić Leviego o otaczających go ludziach, gdy uprzedził ją Erwin, również pojawiając się znikąd i sprawiając, że zdumieni żołnierze wpadali na siebie, robiąc mu szybkie przejście.  Nawet jeżeli Erwin dostrzegł blizny kaprala, zdawał się całkowicie ignorować okropny obrazek.  Czekał, aż kapral znajdzie się w zasięgu jego głosu i krzyknął do niego, płocząc pobliskie ptaki i powodując kolejne dreszcze wśród otaczających go ludzi.
- Levi, baczność.
Donośny głos dowódcy dotarł do zakamarków umysłu kaprala, jego świadomość na powrót zaczynała rejstrować otoczenie. Jego oczy również, a dostrzegłwszy tłum gapiów nie odrywających wzroku od jego półnagiego ciała, zwęziły się niebezpiecznie. Levi doszedł do wniosku, że zimny kubeł wody od Hanji był tego dnia najlepszym, co go spotkało.  Ignorując spojrzenia młodszych towarzyszy i samemu rzucając groźne błyski , szybkim truchtem dokończył okrążenie i dumnie zasalutował przed Erwinem, stając na baczność.  Tak, że cały oddział mógł przenieść swoją atencję z jego pleców na klatkę piersiową, równie umięśnioną co zabliźnioną. Tutaj jednak dominowały ślady po postrzałach. Po chwili wzrok wszystkich skupił się jednak na jednej szramie, niewąpliwie po nożu. Szrama ta, co prawda dość stara, wciąż prezentowała się groźnie i wyjaśniała fakt, dlaczego kapral wiecznie nosi swój śnieżnobiały żabot. Głębokie cięcie biegło od prawego ramienia wzdłuż szyi, kończąc się prawie przy lewym uchu. Było jasne, że ktoś z całych sił próbował poderżnąć kapralowi gardło,jednak cięcie z nieznanych nikomu powodów okazało się zbyt słabe.  Eren, widząc stan kaprala, chwycił dłoń Mikasy, które dołączyła do niego chwilę wcześniej.
-Co oni mu zrobili ? – mimo starań, chłopak nie zatuszował drgań swojego głosu.  Tym razem nawet zimna i wyrachowana dziewczyna spojrzała na towarzysza ze smutkiem w oczach. Najwidoczniej widok tak zmasakrowanego człowieka, nawet takiego, którego uważała ża najgorszego wroga, zbudził w niej coś na kształt litości. Po chwili razem z Erenem poczuli czyjeś dłonie na swoich ramionach i odwrócili się jak oparzeni w stronę ich właściciela. A raczej właścicielki. Hanji Zoe posłała im otrzeźwiające spojrzenie, w którym zawarła nieme pytanie.
Co wy dzieciaki wiecie o życiu.
Potem rozbrzmiał głos dowódcy, oznajmiający początek ćwiczeć. Wraz z rozkazem zdjęcia kurtek. Tylko kurtek. Levi szybkim krokiem wrócił do swoich rzeczy i naciągnął na siebie koszulę, na powrót ukrywając historię jego życia zapisaną w bliznach. Starannie zawiązał żabot i zapiąwszy sprzęt do trójwymiarowego manerwu, odleciał do swojej grupy nie zaszczycając nikogo spojrzeniem.


1 komentarz:

  1. Jak mogłam przegapić to opowiadanie... Czuje się z tym źle. To jest naprawdę wspaniałe. Fabuła cudowna. Proszę dokończ to opowiadanie.
    Czekam z niecierpliwością na kolejne notki :)

    OdpowiedzUsuń