Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana... ErwinxLevi cz.6

Nic tak nie dodaje motywacji jak świadomośc, że ktoś jednak czyta :) Teraz czeka mnie tydzień wolnego więc o ile wena dopisze to na dniach można spodziewać się finału tego fanfika.


Levi powoli otworzył oczy, gdy promienie słońca wdzierające się przez ogromne okno padły na jego twarz. Próbował rozejrzeć się po pomieszczeniu, niczym przez mgłę przywołując wydarzenia minionej nocy. Wydarzenia, których autentyczności nie był pewien. Pamiętał deszcz, lodowatą wodę, wiatr smagający go po twarzy. Pamiętał szorski materiał ręcznika i ciepły koc,którym go okryto. I pamiętał dłonie. Dłonie wędrujące po jego plecach,kreślące linię żeber. Trzymające go mocno, gdy otaczała go jedynie mroczna toń. Kładące go do łóżka niczym małe dziecko. Pamiętał niebieskie oczy, które wwiercały się w jego własne. Blond włosy falujące z każdym ruchem głowy. I pamiętał usta, zostawiające ciepły ślad na jego czole. Wspomnienia rozbudziły go, zmusiły do poruszenia palcami u dłoni. Palcami, które wyczuły pustkę i sprawiły, że kapral poczuł się oszukany. Zdradzony. Bo Erwin przy nim nie został. Okłamał go, dał złudną nadzieję. Wykorzystał tę chwilę słabości. Zlitował się nad nim. Levi wzdrygnął się na samą myśl. Jego stan zmusił dowódcę do litości nad nim. Przez chwilę miał ochotę krzyczeć. Otworzył usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Poczuł, jak coś zimnego i mokrego wydobywa się z jego oczu. Bezwiednie otarł łzę wierzchem dłoni i opuścił ją z rezygnacją. Jednak po sekundzie uniósł gwałtownie, gdy jego palce natrafiły na miękkie blond pasma. Uniósł odrobinę głowę, wpatrzony w bok łóżka, na który wcześniej nie zwrócił najmniejszej uwagi. Złość ustąpiła, w jej miejce w umyśle mężczyzny wypalił się jeden obraz. Obraz, na którym Erwin, wciąż na wpół siedząc, śpi na krawędzi łóżka, skulony przy jego boku. Jego wargi były lekko rozchylone, włosy naznaczone słonecznymi refleksami opadały w nieładzie na czoło, zasłaniając oczy. Jedna z dłoni spoczywała pod głową, druga była wyciągnięta nieznacznie w stronę kaprala. Levi znieruchomiał, wpatrzony w śpiącego dowódcę. Był tutaj. Został. Przez dłuższą chwilę kapral walczył z myślami. Wreszcie najdelikatniej, jak mógł, wysunął się spod koca i cicho opuścił bose stopy na zimną podłogę. Kątem oka dokładnie rejstrował,czy Erwin wciąż śpi. Nie chciał go budzić. Jedyne czego pragnął to przedłużyć ten moment. Moment, gdy blondyn może wreszcie odpocząć, odcięty od tytanów i odpowiedzialności. Odcięty od niego, niziołka z wiecznym grymasem na twarzy który zdawał się nagle solidnie namieszać w jego życiu. Levi potrząsnął głową  z rezygnacją. Cokowiek stało się zeszłej nocy, minęło. Sam nie był do końca pewien, czy wydarzenia z czasu jego choroby miały jakiekolwiek znaczenie dla Erwina. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że działania przełożonego były jedynie grą pozorów. Teatrzykiem wystawionym dla chorego dziecka, by dzielnie zniosło chorobę. Odwróceniem uwagi. Jego myśli wbrew niemu samemu powędrowały do najwyraźniejszej myśli z minionej nocy. Po jego plecach przeszedł dreszcz, gdy przypomniał sobie miękkie wargi Erwina na swoim czole. Ciepło, jakie ze sobą niosły. Spokój, jaki mu zapewniły. Kapral zacisnął pięści do tego stopnia, że pobielały mu knykcie. Nie da się ponieść emocjom. I nie pozwoli na to Erwinowi. Zbyt wiele od nich zależało, by coś tak prozaicznego mogło ich rozpraszać. Mimo, iż kuszący, świat którego wczoraj zasmakowali nie był ich światem. Nie mogli w nim zostać. I nigdy już do niego nie wrócą. Levi pchany tą myślą poderwał się z łóżka, chcąc jak najszybiej opuścić kwaterę blondyna. I wspomnienia, które miał zamiar jak najszybciej wyrzucić z pamięci. Jednak nie uwzględnił jednego małego szczegółu. Mimo,iż gorączka minęła, wyczerpany ogranizm nie był gotów na wysiłek. A pulsujące na powrót bólem kolano nie było w stanie utrzymać jego ciała. Czarne plamy rozlały się przed kobaltowymi oczami a z płuc uciekł głośny syk, gdy szatyn osunął się bezwładnie na ziemię tuż obok łóżka. Podłoga zaskrzypiała żałośnie, odgłos upadku wyrwał blondyna z głębokiego snu. Erwin poderwał głowę, momentalnie przypominając sobie minioną noc i przestraszonym wzrokiem ogarniając pokój. Dostrzegłwszy kruchą postać leżącą przy łóżku, natychmiast wstał i podniósł kaprala z ziemi, ignorując jego słaby opór. Levi, wciąż nieco zamroczony, postanowił mimo wszystko trzymać się swojego postanowienia. Co by się nie działo, nie pozwoli sprawom z Erwinem zajść zbyt daleko. Nie da im dostać się do miejsca, z którego żaden z nich nie będzie chciał wrócić. Próbował odepchnąć od siebie blondyna, gdy ten podniósł go z ziemi, jednak jedyne co uzyskał to karcący wzrok błękitnych oczu dowódcy. Zrezygnowany pozwolił przenieść się z powrotem do łóżka. Czuł na sobie spojrzenie przełożonego, jednak celowo unikał jego wzroku.
- Nie musisz mnie nańczyć, do cholery. Nic mi nie jest.
- Nie ustałeś sekundy po wstaniu z łóżka. Nie wiem co próbujesz mi udowodnić, ale lepiej odpuść.
Erwin zignorował zarówno lodowaty ton kaprala, jak i mordercze spojrzenie, które mu rzucił. Levi przeklinał się za to, że spojrzał na dowódcę. Całe jego postanowienie zdawało się topnieć, gdy tylko patrzył w niebieskie oczy blondyna. Ich skrzyżowane spojrzenia zawisły w próżni, a ciała zastygły w bezruchu. Przez chwilę, która wydawała się być wiecznością, mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Bez złości, bez wyrzutu. Sami nie będąc pewni, co chcą sobie przez to przekazać. Erwin pragnął jeszcze raz dać ponieść się emocjom, jednak tym razem rozsądek był silny. Ręka blondyna, wędrująca powoli do policzka kaprala, zastygła kilka centymetrów przed swoim celem, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Przez moment dowódca był pewien, że odzyskał nad sobą kontrolę. A potem wszystko trafił szlag. Levi pochylił się delikatnie, wtulając swój policzek w dłoń Erwina, jednocześnie wplatając blade palce w silne palce Smitha. Nie chcąc go puścić. Zapomniał o wszystkim, co postanowił. Zapomniał o litości, którą sobie wmawiał i o tym że świat, do którego wchodzi nie jest dla niego. Teraz liczyło się tylko to ciepło, które czuł na swoim policzku. Rozchodzące się mrowieniem po plecach, otulające go szczelniej od najcieplejszego koca. Erwin przysunął się bliżej, oparł swoje czoło o czoło Levi’a, zamknął oczy. Płytki oddech szatyna łaskotał jego policzki, na co jego ciało zareagowało mimowolnym drżeniem. Chciał teraz tylko jednej rzeczy. Czegoś tak trywialnego, na co mimo wszystko nie mógł sobie pozwolić. Głos rozsądku,z początku jedynie buczący na niego, teraz zdawał się wrzeszczeć w jego głowie. Był dowódcą zwiadowców, nadzieją ludzkości. Ciążyła na nim wielka odpowiedzialność za życie wielu ludzi. Nie tylko podwładnych, ale też ludności za murami. Ludności, której obiecał wolność. Zawahał się. A Levi to wyczuł. Zacisnął mocniej dłoń na dłoni blondyna, zamknął szczelnie oczy. Pozwolił zimnej strużce potu spłynąć po rozgrzanym karku.

- Pieprzyć rozsądek – szepnął i wpił się w usta Erwina, niszcząć dzielącą ich przestrzeń i wolną ręką obejmując go władczo w pasie. Smith otworzył oczy i napiął wszystkie mięśnie. Jednak nie odtrącił kaprala. Najdelikatniej jak umiał, oddał pocałunek, wsuwając palce w czarne włosy Levi’a i przyciągając go bliżej siebie.Czuł żar bijący do ciała mężczyzny. Wargi, delikatnie muskające jego własne. Pewnie, lecz nie zachłannie. Wręcz czule. Levi pozwolił Erwinowi przyciągnąć się bliżej, wciąż nie otwierając oczu pozwolił blondynowi na pogłębienie pocałunku. Nikt nie dominował, nikt nie prosił o więcej. To co mieli wystarczało. Dawało wszystko, czego pragneli. I skończyło się wraz ze skrzypnięciem ciężkich dębowych drzwi.

1 komentarz:

  1. Kto śmiał to przerwać!? Taka cudowna chwila. Jestem zła i zarazem szczęśliwa. Kolejny rozdział tak szybko :). Czekam na kolejny!!!
    To opowiadanie jest cudowne. Nic dodać nic ująć. Erwin i Levi niby tacy rozsądni, a jednak pragnienie góruje nad wszelkim rozsądkiem. Nie potrzeba słów. Nie potrzeba nic. I jeszcze ta delikatność pomiędzy nimi... to niezdecydowanie... Po prostu przepięknie.

    OdpowiedzUsuń