Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana.... ErwinxLevi cz.8 - END

Jako iż jestem zdania, że lepiej skończyć coś, póki jest znośne ( mam nadzieję ),oto ostatnia część tej serii Erwin x Levi. Bardzo proszę o komentarze osoby czytające, gdyż nie ukrywam że chciałabym wiedzieć ile osób to w ogóle czyta :) 


Stuk,stuk,stuk.
Obcasy oficerek równomiernie wybijały rytm o posadzkę. Rym szybki i dający wprawnemu słuchaczowi jasno do zrozumienia, że osobie go wybijającej lepiej nie wchodzić w drogę.
Stuk,stuk,stuk.

Przyśpieszenie.

Stuk,stuk. Cisza.
Kapral Levi gwałtownie zatrzymał się przed dużymi, dębowymi drzwiami, przemógłwszy nieodpartą chęć minięcia ich i zniknięcia w mroku, który powoli zaczynał otulać pusty korytarz. Przez chwilę przeklinał w myślach swoją impulsywność. Nie był pewnien, po co właściwie tu przyszedł. Ani co chciał przez to osiągnąć. Mimo to czuł, że nie ma wyjścia. Prędzej czy później musiał stanąć twarzą twarz ze swoim dowódcą. Porozmawiać z nim w cztery oczy. Wyjaśnić, choć sam nie wiedział co. Od kilku dni czuł się na tyle dobrze, że mógł samodzielnie poruszać się po zamku bez strachu o nagłe spotkanie z ziemią i gwiazdy przed oczami. Ponownie zaczął także kuleć, jednak starał się jak najbardziej ignorować ten fakt. I jak najbardziej unikać Hanji. Mimo, iż kobieta z uporem maniak starała się kontrolować jego stan. Levi potrząsnął głową z rezygnacją. Zoe chciała mu pomóc. Powinien być jej wdzięczny. Za to, i za otworzenie wtedy drzwi. Powinien. Ale nie był. Jednak po tych kilku dniach ciągłego rozmyślania doszedł do zaskakującego wniosku, że uczuciem którym darzył teraz okularnicę nie była nienawiść,lecz żal. O co, sam nie wiedział. Bezwiednie przeczesał palcami włosy. Miał dość myślenia. Dość uporczywych myśli, które wciąż zalegały jego głowę, kłebiąc się w niej i nie pozwalając mu się skupić nawet na najprostszych czynnościach. Chciał jak najszybciej pohamować swój umysł i w tym momencie jedyną alternatywą wydawała się ta, której tak uporczywie unikał. Zacisnął pięści i zdecydowanie zapukał do drzwi.
- Proszę.
Erwin jak zwykle siedział przy biurku, a samotna świeca oświetlała gruby plik dokumentów, które przeglądnął. I wielką stertę tych, które na przeglądnięc ie dopiero czekały. Blondyn podniósł swój wzrok i spokojnie odłożył kartkę, której treść nagle całkowicie przestała go interesować.  
- Jak się czujesz ? – niebieskie oczy zdawały się wwiercać w te kobaltowe, całkowicie ignorując ciskane przez nie pioruny. Levi nie umiał wytłumaczyć, dlaczego nagle stał się wściekły na swojego przełożonego. Erwin tylko zadał pytanie. Nic ponad to. Był dokładnie taki, jakiego kapral oczekiwał. Spokojny i opanowany. I chyba właśnie to najbardziej go irytowało.
- Lepiej.
- Więc dlaczego się trzęsiesz ? – Levi ze zdziwieniem zauważył, że rzeczywiście drga w dość widoczny sposób. Przyćmiony gniewiem, którego źródła nie umiał dociec, nie zauważył że jego ciało znowu go zdradza. Zacisnął mocniej pięści, aż zbielały mu knykcie. Co oczywiście nie uszło uwadze blondyna, który powoli podniósł się z fotela i zrobił krok w stronę szatna. Chciał zrobić kolejny, jednak zrezygnował czy Levi nieświadomie cofnął się, spuszczając nieco głowę. Gdy ją podniósł, natychmiast napotkał niebieskie oczy Erwina. Widział w nich tę dziwną iskrę, mieszaninę troski i czegoś jeszcze. Kolejnej niewiadomej, która powoli zaczynała zatruwać jego poukładany do tej pory umysł. Chciał odwrócić wzrok, ale nie potrafił. Coś w jego głowie kazało mu patrzeć w te błękitne oczy, mimo iż rozsądek stanowczo nakazywał ucieczkę. Kapral złapał się na tym, że wstrzymuje oddech.
- Dlaczego tu przyszedłeś, Levi ?
-Nie wiem.
-Nie wiesz ?
-Nie.
Mimo starań, nie udało mu się ukryć wahania w głosie. Ledwie zauważalnego, jednak bezbłędnie odczytanego przez Erwina. Twarz blondyna, która do tej pory przypominała bezuczuciową maskę, nagle wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Zdawać by się mogło, że jej właściciel właśnie stoczył wyczerpującą walkę z samym sobą, gdyż westchnął on przeciągle i zdecydowanie podszedł do kaprala. Który cofnął sie znowu, aż jego plecy zatrzymały się na zimnej ścianie. Automatycznie chciał zrobić krok w przód, jednak blondyn skutecznie mu to uniemożliwił, opierając ręce po obu stronach jego słowy i odcinając mu tym samym drogę ucieczki. Levi czuł gorący oddech na swoich policzkach. Wcisnął się w ścianę, boleśnie ocierając barki i ignorując zimno, które w zderzeniu z ciepłem Erwina zdawało się kłuć go przez cienki materiał koszuli. Wyższy z mężczyzn opuścił jedną rękę i delikatnie chwycił za podbródek szatyna, zmuszając go tym samym do spojrzenia sobie w oczy. Kobaltowe tęczówki znowu płonęły nadzieją. A blondyn nie umiał tego zignorować. Przysunął się bliżej, jednak zatrzymały go blade dłonie, oparte na jego piersi i blokujące dalsze ruchy. Kościste palce wkręciły się w materiał jego koszuli, nie odpychając go i jednocześnie nie pozwalając ruszyć dalej.
- Nie możemy – szept Levi’a przeszył ciszę, tnąc gęstniejące powietrze i wyrażając coś, czego Erwin nigdy nie spodziewał się usłyszeć z jego ust. Smutek. Niczym nie skrywany, uderzający w dowódcę niczym siarczysty policzek. Kapral miał rację. Nie mogli. On był jego przełożonym, dowódcą zwiadowców. Levi był najsilniejszym z ludzkości. Żołnierzem. I obu z nich jako zwiadowcom czekało krótkie życie. Każda wyprawa zbliżała ich do śmierci. Fakt, że od dawna byli na nią gotowi jednak nie dodawał im otuchy. Erwin westchnął głęboko,a jego włosy zafalowały obijając słabe światło pojedyńczej świecy. Miał dość bitwy, którą od kilku dni toczył sam ze sobą. Mimo, iż wiedział co jest słuszne coraz bardziej zdawał się tę wiedzę ignorować. Wreszcie podjął ostateczną decyzję.
- Owszem, możemy – naparł całym swoim ciężarem na kaprala, przełamując opór i wpijając się gwałtownie w jego usta. Z początku opierający się, Levi zdawał się topnieć pod naporem drugiego mężczyzny i pozwolił mu pogłębić pocałunek. Jego dłonie, ponownie ignorując to co nakazywał im głowa, wsunęły się we włosy blondyna, pociągając za jedwabiste pasma i przyciągając go bliżej siebie. Powoli zaczynał rozumieć, dlaczego przez ostatnie dni nie mógł się skupić. Co zajmowało jego myśli i ciągneło go bliżej i bliżej dowódcy. Docierało to do niego, gdy gorący oddech Erwina palił jego skórę, a miękkie wargi dotykały jego własnych. Gdy blodyn przygryzał jego wargę i tańczył z jego językiem. Gdy przyciskał swoje ramiona do jego talii, nie pozwalając mu uciec. I tak jak Erwin, podjął decyzję, której, podobnie jak wszystkich, nigdy nie zamierzał żałować. Wysunął palce z blond włosów i wcisnął je pod koszulę Erwina, powoli przejeżdżając zimnymi palcami po jego mięśniach. Ten nie pozostał bierny, gwałtownym ruchem przyciągnął Levi’a co siebie i podniósł go z ziemi, zmuszając tym samym kaprala do owinięcia się nogami wokół swoich bioder. Zdając się bardziej na wyczucie niż na wzrok, ruszył w stronę uchylonych drzwi swojej sypialni, zamykając je po omacku, gdy obaj przekroczyli próg.


Samotna świeca powoli się wypalała, oświetlając nieśmiało pozostawione przez Erwina dokumenty. Wykazy żywności i zamówienia na sprzęt. Rzucając bladą poświatę na pojedyńczą kartkę, która była kolejna w kolejce do przejrzenia. Na której widniała pieczęć króla i nowe rozkazy. I cel wyprawy, którego nigdy nie osiągnięto. Płomień zgasł.

1 komentarz:

  1. Piękne! Cudowne! Fascynujące!
    Musisz napisać coś jeszcze. Teraz to obowiązkowo. Zakochałam się w twoich opowiadaniach. Wszystkich!
    Czekam niecierpliwie na więcej. Proszę nie karz mi długo czekać.

    OdpowiedzUsuń