Fanfiction

One-shots

Serie własne

To była wina kolana... ErwinxLevi cz. 5


Zdecydowanie spóźniona część, jednak lepiej późno nić wcale ( wciąż zakładając, że ktoś to czyta )


. Gdy gęstniejąca cisza stała się nieznośna, młodszy z mężczyzn postanowił ją przerwać.
- Dlaczego ? – Erwin spojrzał na kaprala, twarz wykrzywiła się pytająco.
- Dlaczego co?
- Dlaczego twoje łzy kapią na mój kark. Dlaczego patrzysz na mnie w taki sposób. Dlaczego mam udawać, że tego nie widzę. I dlaczego chcesz wszystkiemu zaprzeczyć jeszcze zanim otworzyłeś usta.
Erwin westchnął głęboko. Nawet nie zauważył, że znowu płacze.  Z rezygnacją pokiwał głową.
- Nie muszę ci odpowiadać.
- Erwin, do kurwy nędzy, przestań za wszelką cenę być górą – czarnowłosy z trudem podniósł głowę i zmęczonym wzrokiem zmierzył blondyna. Starał się unikać jego oczu. Bał się, co w nich zobaczy. Erwin zignorował jego spojrzenie i wstał, wciąż trzymając filigranową postać na rękach. Nim Levi zdążył zareagować, oboje lecieli w stronę otwartego okna,  jedynego w którym paliło się światło. Stopy Erwina miękko wylądowały na parapecie okna, a on sam zsunął się z niego powoli, ostrożnie poprawiając uchwyt na ciele kaprala. Który wciąż obejmował go w pasie. Jego pojawienie się obudziło Hanji, która, nieświadomie,zasnęła na ziemi, oparta głową o róg łóżka dowódcy. Okularnica szybko zerwała sie na nogi i podbiegłwszy do obu mężczyzn, położyła choremu dłoń na czole.
- Gorączka ustępuje. Cholera, jesteście przemoczeni – kobieta nawet nie próbowała ukryć łez i drżenia głosu, co Levi skwitował przewróceniem oczami. Erwin spojrzał na nią, tym razem nieco łagodniej.
- Hanji, mogłabyś nam przynieść to coś z wierzby. A ja walnę go do łóżka i wysuszę.
Zoe rzuciła dowódcy niepewne spojrzenie, jednak posłusznie wycofała się za drzwi, zamykając je z cichym skrzypnięciem. Blondyn i szatyn odprowadzili ją wzrokiem. Levi znowu próbował delikatnie wyrwać się z ramion Smitha, jednak ten zignorował to zupełnie i delikatnie położył go na łóżku. Sam zdjął z siebie wciąż ociekającą wodą kurtkę i pełne po cholewki buty, po czym zniknął w drzwiach łazienki. Po kilku sekundach wrócił, trzymając w rękach ręczniki i zapasowe ubranie. Levi, oczywiście, postanowił nie być dłużej marionetką w rękach dowódcy i próbował ściągnąć z siebie klejącą się do ciała koszulkę. Jednak całe jego ręce były jak z waty, a on sam zdołał podwinąć mokry materiał zaledwie do żeber. Erwin podszedł do niego i stanowczo popatrzył mu w oczy. Levi bez zbędnego komantarza puścił brzegi białej koszulki i powoli uniósł ręce nad głowę. Blondyn usiadł na łóżku i najdelikatniej jak umiał podniósł karpala, by ten usiadł opierając się o jego bark. Potem szybkim ruchem ściągnął mu koszulkę, odsłaniając nagi tors i plecy, które pokrywała gęsia skórka.  Jego wzrok zastygł na barkach Leviego, pooranych bliznami i w całości zakrytych przez staranny tatuaż skrzydeł wolności, opadający aż do miednicy. Blondyn bezwiednie podniósł dłoń i przejechał po nim palcami. Czuł drżenie kaprala, jednak nie cofnął ręki. Delikatnie śledził palcami zarys skrzydeł, czuł ukryte pod nimi mięśnie, wodził po lini kręgosłupa. Levi,z początku spięty, rozluźnił się całkowicie, pozwalając głowie opaść na ramię mężczyzny.  Po chwili poczuł, jak zimne palce Erwina przeniosły się na jego tors. Wciąż niesamowicie delikatnie wodził nimi pod bladej skórze, przejeżdżając po żebrach i wyrzeżbionym brzuchu. Nagle dotyk ustał, a zamiast przyjemnie chłodnych dłoni Erwina Levi poczuł na skórze szorstki materiał ręcznika. Blondyn szybko osuszył go z resztek wody, po czym powoli pozwolił mu powrócić do pozycji leżącej. Szybko zdjął także spodnie i założył mu drugie,suche, nie patrząc przy tym ani przez chwilę na twarz kaprala. Gdy skończył, przykrył chorego ciepłym kocem i miał zamiar ruszyć w stronę drzwi, gdy nagle blada dłoń w ostatniej chwili pochwyciła za jego koszulę.
- Erwin...
- Tak ?
- Zostań – słowo wypowiedziane niemal szeptem zadziałało na Smitha niczym magiczne zaklęcie. Przewiesił wciąż mokre ubrania kaprala przez poręcz stojącego nieopodal fotela i usiadł na brzegu łóżka. Niższy z mężczyzn nie zaszczycał go spojrzeniem, i gdyby nie koścista dłoń , która ponownie chwyciła jego koszulę, blondym byłby pewnien, że ten go ignoruje.Wzrok Leviego utkwił gdzieś w próżni, oddech stał się spokojny i wyrównany. Dłoń wciąż kurczowo ściskała koszulę Erwina, który uparcie zdawał się to ignorować. Cisza, która zaległa między mężczyznami stawała się coraz bardziej niezręczna,niczym niemy krzyk powoli rozdzierała wnętrze zarówno blondyna jak i czarnowłosego.
- Co mówiłem ?– Erwin wzdrygnął się na dźwięk głosu kaprala, ledwo słyszalnego szeptu będącego niczym sztylet rzucony w ciszę.
- Gdy miałem gorączke. Co mówiłem ?
- Majaczyłeś... – blondyn został brutalnie szaprnięty przez Leviego, którego druga dłoń błyskawicznie chwyciła go za koszulę tuż pod brodą i przyciągnięty na odległość kilku centymetrów od wściekłej twarzy Levi’a.
- Nie kłam do cholery !
Erwin zdecydowanie wyszarpnął się z uścisku kaprala, prostując się dumnie. Przez chwilę mierzył się z nim wzrokiem, znosząc wściekłe spojrzenie kobaltowych oczu. Wreszcie westchnął i , pchany nagłą wściekłością na młodszego mężczyzne postanowił wygarnąć mu wszystko, co działo się podczas jego niedyspozycji.
- Co mówiłeś ? Wszystko. Wzywałeś Isabel, Farlana. Znowu chciałeś poderżnąć mi gardło i zwiadowców wyrżnąć razem z tytanami. A, koniec końców się popłakałeś. Coś jeszcze chciałbyś wiedzieć, kapralu ?! – ostatnie słowa zostały wręcz wykrzyczane, sprawiając, że podnoszący się powoli do pozycji siedzącej Levi zastygł niczym posąg. Blondyn, nie mogąc sobie przypomnieć momentu, kiedy wstał, ponownie opadł na krawędź łóżka i ukrył twarz w dłoniach.  Powoli ją uniósł, gdy umięśnione ręce oplotły go od tyłu, a włosy kaprala delikatnie załaskotały w kark. Nie protestował, pozwolił mu wtulić się w jego plecy, umieścić głowę między łopatkami, dłonie wkręcić w materiał koszuli na jego piersi. Jeszcze wczoraj nigdy nie dopuściłby do siebie nawet myśli o podobnej sytuacji. Sytuacji, gdy Levi wtula się w niego niczym małe dziecko, zapominając o noszonej na codzień masce ignorancji i niezależności, pozwalając sobie na tę chwilę słabości, decydując się stracić całą reputację zyskaną o oczach dowódcy, by chociaż raz móc czuć go przy sobie. Był gotów na moment, gdy Erwin go odtrąci i rzucając mu lodowate spojrzenie zostawi go, pokonanego przez tę część siebie, którą do tej pory z sukcesem uciszał. Tym większe było jego zdziwienie, gdy blondyn odwrócił się do niego przodem i zamknął jego ciało w uścisku, przyciągając go do siebie i opierając głowę na jego ramieniu. Delikatnie odwzajemnił uścisk, bojąc się momentu, gdy dowódca go przerwie. Czuł gorący oddech Erwina na swoim karku, który przyprawiał go o dziwne drżenie. Drżenie, które Smith natychmiast wyczuł i tym samym wyrwał się z dziwnego amoku, który go ogarnął. Nie przerywając uścisku zmusił Levi’a do ponownego położenia się na łożku, i powoli zaczął się od niego odsuwać. Wyczuł protest, gdy blade dłonie próbowały na powróc przycisnąć go do siebie, jednak zignorował go. Ręce kaprala opadły bezwładnie na łóżko, a kobaltowe oczy uparcie unikały tych niebieskich. Erwin przysunął twarz bliżej twarzy kaprala. Jego dłonie chwyciły bladą twarz, zmuszając Levi’a do spojrzenia sobie w oczy. Spojrzenia obu mężczyzn przesycone były smutkiem i beznadzieją. Jednak blondyn wyłapał w oczach podwładnego coś jeszcze. Coś, czego nigdy nie spodziewał się tam ujrzeć. Niczym gasnący na ich dnie ognik, tliła się nadzieja. Erwin nie wiedział, na co liczył kapral, jednak głos w jego głowie kazał mu pod żadnym pozorem nie pozwolić temu ognikowi zgasnąć. Po raz pierwszy w życiu zepchnął głos rozsądku na drugi tor i pochylił się jeszcze bardziej, składając delikatny pocałunek na czole Levi’a. Gdy na powrót spojrzał w ciemnoniebieskie oczy, nadzieja zdawała się płonąć niczym pochodnia. I zdecydował, że już nigdy nie pozwoli jej zgasnąć.

- Odpoczywaj. Będę tutaj – powoli odsunął się od chorego, jednak zostając na łóżku i okrywając kaprala kocem. Ten nie protestował, zdając sobie sprawę, że nagle poczuł się bardzo zmęczony. Zasnął jednak dopiero wtedy, gdy blondyn wplótł swoje palce w jego i zamknął ich dłonie w pewnym uścisku.

4 komentarze:

  1. Oczywiście, że ktoś to czyta, ktoś tu zagląda i ktoś dostrzega twoją nieobecność! Powoli zaczęłam się zastanawiać, czy nie porzuciłaś tego opowiadania, ale jaka to miła niespodzianka mnie dzisiaj spotkała! Idealne dopełnienie - dzień wolny i nowy rozdział opowiadania do przeczytania :D

    Bardzo mi się podobało. Gdy Levi chwycił Erwina i gdy Erwin został. I gdy pocałował go jedynie w czoło, zamiast iść na całość! Uwielbiam dawkowanie tych wyjątkowych momentów. Płomień powoli się tli, ale nie spala zbyt szybko ^^

    I tak na koniec, jeśli mogę o coś prosić... pozostań przy tej długości rozdziałów. Wiem, wiem, łakoma ze mnie bestia, ale jednak łudzę się, że na ładne oczy uda mi się ciebie przekonać :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne... Potrzebuje więcej.

    Tak się wczytałam, że nie mogłam przestać. Fabuła superowa, wciąga niesamowicie. Piszesz naprawdę dobrze... a nawet powiem, że świetnie. Czekam na następne opowiadania i mam nadzieję, że doczekam się kolejnej części tego fanfica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuje za pozytywną opinię :) Nic tak nie motywuje do pisania takiego lenia jak ja!

      Usuń
    2. Tak, lenistwo nie popłaca. xD Sama coś o tym dobrze wiem.

      Usuń