Fanfiction

One-shots

Serie własne

To pamiętałam.

Tańczyłam w gospodzie, razem z ogniem świec. To pamiętałam. Świat wirował, a muzyka nigdy nie cichła. Ja tańczyłam na środku, wśród gwieździstego tłumu. Srebrne włosy elfów przeplatane diamentami. Śmiech jak dzwonki. Stukanie złotych obcasów. To pamiętałam. Na zewnątrz szalała burza, chmury zasłoniły tarczę księżyca. Więc wszyscy byli w gospodzie. I grała muzyka. Ja ją grałam, na nieistniejących skrzypcach. Iluzja. A oni tańczyli. Nie widzieli mojej iluzji. Jedynie ją słyszeli. Kręcące się spódnice. To pamiętałam. Moja matka nie zwykła chodzić ze mną do gospody. Bała się mnie. Bała się jak spojrzeniem wzniecałam ogień i jak ruchem ręki przywoływałam deszcz. Wstydziła się moich kłótni z jesiennym wiatrem i tego jak krocząc po wodzie zamrażałam morze. Zwykła moimi umaczanymi w sadzy włosami zakrywać moje szpiczaste uszy. Z dzieciństwa to pamiętałam. Włosy zawsze musiały być brudne. Brudne nigdy nie będą srebrne. Oczy zawsze były podkrążone, choć dalej każdy widział w nich złoto. Oprócz matki, ona widziała w nich ciężar swoich błędów. Mojego ojca. Mężczyznę o koralikach we włosach i łuku na plecach. I elfich uszach. Który odszedł zostawiając podarek, którego nie chciała. Zwykłą mówić, że zamiast złota w oczach wolałaby mieć je w sakiewce. To pamiętałam. Pamiętałam dzień kiedy świat zaczął płonąć, kiedy strzały zaczęły wbijać się w nasz dach. Konie rżały, chrzęst piachu pod ich kopytami akompaniował chrzęstowi zbroi rycerzy, którzy ich dosiadali. Byli piękni, z chorągwiami trzepoczącymi na ognistym wietrze. Każdy z nich był idealny, każdy którzy przejeżdżał obok mojego domu. Każdy który pod nim umierał. To pamiętałam. Matka odeszła. Dom spłonął. Przyszło wojsko, zabrało mi wszystko. Czyli nic. Widzieli moje oczy, bali się ich. Włosy bez sadzy lśniły w ich tarczach. Konie kłaniały się przede mną. Żołnierze spuszczali wzrok. Podpalałam stosy poległych. Żywym czarowałam wino na stoły. To pamiętałam. Wojna się skończyła. Posłali mnie do klasztoru. Chcieli mnie uczyć tego co już umiałam. Zawstydzałam ich wszystkich, chodź nigdy celowo. Zamieniałam granit w diamenty, nocami haftowałam niebo wedle uznania. Kapłanki nie radziły sobie ze mną. Skakałam do morza z najwyższych wież, fale słuchały tylko mnie. Śpiewałam z syrenami, kelpie przynosił mi perły. To pamiętałam. Wyszłam z klasztoru i już nie wróciłam. Szukałam ojca. Tego, który mnie opuścił. Leśne driady nie umiały mi pomóc. Niektóre umiały, lecz nie chciały. Ich drzew już nie ma, stały się popiołem. Nie umiałam przestać szukać. Elfy które go znały już nie żyły. Ludzie którzy go znali nie chcieli go znać. Mówili że był zdrajcą. Choć nikt nie wiedział kogo zdradził. Ponoć był mordercą. Zamordował przyjaciela. Nikt nie pytał za co. Gdy ja pytałam, nikt nie odpowiadał. To pamiętałam. Ślepiec powiedział mi, gdzie go szukać. Powiedział że odszedł, że ten który w nim jest nie jest tym którym był. Że teraz to zdrajca, a tamten który był już nie wróci. Poszłam za wskazówkami. I zaczęła się burza. Więc weszłam do gospody. To pamiętałam. W gospodzie było cicho, jedynie deszcz bębnił miarowo o szyby. Wybijał mi rytm. Więc zaczęłam grać iluzję. Dołączyli się muzycy, dudy, bębny i lutnie. Oczami zapaliłam świece, myślą dolewałam piwa. Zaczęły się tańce. I on tam był. Jego złote włosy kończyły się nad kolanami. W oczach miał bezkresne morze. To pamiętałam. Ale nie pamiętałam imienia. Tańczyliśmy razem, nawet gdy muzyka ucichła. Ja spałam na strychu. On obok. To pamiętałam. Czerwień na złocie tuż nad kolanami. Na moich rękach. Bezkres morza zastygły w jego oczach. Tak bardzo martwych. Krew kapiąca z moich palców. Gwiazdy nad moją głową. A może to były oczy tych którzy po niego przyszli. Krzyki, których nie słyszałam. Dzwoniące kajdany na moich nadgarstkach. Zimny loch i głuche kapanie wody. To pamiętałam. Moje srebrne włosy odbijały się w zbrojach tych, którzy mnie prowadzili. Chcieli zawiązać mi oczy. Nie zgodziłam się. Nie wiem dlaczego dali mi wybór. Plac był pusty. Przyszedł on. Był piękny jak ten w gospodzie. Też był elfem. Warkocze spiął koralikami. Nałożył strzałę, napiął cięciwę. Gdy ją zwolnił spojrzał mi w oczy. Zobaczyłam w nich słońce. Złoto. Znałam to spojrzenie. Pamiętałam je z drugiej strony lustra. Właśnie to pamiętałam. W dniu w którym mnie stracili, za krew na nie moich rękach.

1 komentarz:

  1. Pisz więcej takich rzeczy. To jest cudo!!
    Bardzo mi się podoba. Nie można mówić o błędach, o poprawkach. Po prostu nic dodać nic ująć.
    Ta historia dość krótka, jednak ma coś w sobie. Coś co zachęca aby czytać ją wciąż od nowa.

    OdpowiedzUsuń