-Dlaczego on się nigdy nie uśmiecha ? – Hanji podniosła
wzrok znad swojego talerza, gdzie wygięty widelec toczył zażarty bój z gotowaną
marchewką. Jej okulary natychmiast zsunęły się na czubek jej lekko zadartego
noska, jednak dziewczyna całkowicie zignorowała fakt. Mike obdarzył ją znudzonym spojrzeniem i
skinął głową w stronę siedzącego kawałek dalej Erwina.
- Też bym się nie uśmiechał, gdybym z nim mieszkał.
Zoe zachichotała w niekontrolowany sposób, skupiając na
sobie uwagę kilku siedzących bliżej uczniów. Erwin również spojrzał w jej
stronę, jednak po krótkiej chwili ponownie zawiesił swoje błękitne spojrzenie
na siedzącym naprzeciw niego chłopaku, który zdawał się byc pogrążony w głębokim
zamyśleniu.
- Hanji ma podejrzanie dobry humor z rana...
Brunet otrząsnął się z zamyślenia i prychnął cicho pod
nosem. Blondyn rzucił mu łagodne spojrzenie i nic nie odpowiadając zabrał jego
talerz razem ze swoim i odnosząc je do okienka w stołówce. Nie uszło przy tym
jego uwadze, że Levi ponownie nie zjadł nawet połowy śniadania. Mimo, iż kiedyś
Smith całkowicie zignorowałby fakt, teraz każde, nawet najmniejsze posunięcie
niskiego współlokatora było dla niego na wagę złota. Na początku nie umiał tego
wytłumaczyć, próbował odsunąć od siebie myśli o czarnowłosym. Jednak z czasem
zrozumiał, co od jakiegoś czasu działo się w jego głowie. I był pewnien, że nie
było to zwykłe pożądanie.
Jestem za niego
odpowiedzialny.
Słowa te kotłowały się w głowie jasnowłosego chłopaka,
nieraz nie pozwalając mu skupić się na niczym innym. Nie miał dla nich żadnego
poparcia. Tak jak nie miał żadnego związku z Levim. Nie musiał o nim myśleć.
Nie musiał uspokajać go po kolejnych koszmarach. Nie musiał utrzymywać
cholernego porządku w każdym kącie ich wspólnego lokum. Nie musiał. Może nawet
nie powinien. Ale robił to. Robił to z uporem maniaka, poświęcając każdą wolną
chwilę na bezwiednym pilnowaniu bruneta. Wstając w nocy i domykając okno.
Ścierając kurz którego nie było. Gładząc jedwabiste, hebanowe włosy, gdy
materac jego łóżka gnął się pod ciężarem ich splecionych ciał. I choć dalej nie
umiał rozszyfrować tego dziwnego człowieka, jakim był Levi, to własnie on do
reszty opanował jego umysł. Blondyn wiedział, dlaczego. Choć nigdy wcześniej
nie doświadczył takiego stanu.
Jestem za niego
odpowiedzialny, bo go...
Huk rozbijających się o kafelki talerzy poniósł się echem
po pustoszejącej hali. Erwin stracił grunt pod nogami, by po kilku sekundach poczuć
tępy ból w biodrze i palcach, gdy jego ciało zwaliło się na podłogę, a prawa
dłoń oparła się o rozbite szkło.
- Kurwa, Erwin, żyjesz ?
Przeszkoda na drodze, którą okazała się Hanji, stanęła nad
nim i z wyraźnym zatroskaniem przyglądała się krwi kapiącej z rozciętych palców
blondyna. Smith potrząsnął głową i powoli wstał, starając się nie zahaczyć o
potłuczone naczynia. Posłał dziewczynie zdziwione spojrzenie, jednak po chwili
obdarzył ją również łagodnym uśmiechem.
- O ile to nie ty opatrzysz mi te palce, to chyba
przeżyję.
Szatynka podniosła wymownie jedną brew, jednak w duchu
odetchnęła z ulgą.
- Idź to czymś przemyj, ja posprzątam. Znaj moją łaskę.
- Właśnie poznałem twoje ramię, wystarczy.
Erwin odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w
stronę drzwi bocznych, mocno ściskając zdrową dłonią krwawiące palce. Ku jego
zdziwieniu, czerwone strużki powoli ciekły po jego dłoniach nieprzerwanym
ciurkiem, a sama rana zaczynała nieprzyjemnie piec. Blondyn wyczuł ruch za
swoimi plecami,kątem oka rejstrując niską postać za nim.
- Nie musisz iść ze mną, zaraz zajęcia.
Szatyn bez słowa podał Smithowi swoją bluzę, do tej pory
zawiązaną na jego chudych biodrach.
- Masz, owiń je tym. Upaprałeś korytarz od stołówki.
Erwin spojrzał sceptycznie na wyciągnięty przez Levi’a
materiał, jednak posłusznie zastosował się do polecenia. W zgodym milczeniu
przemaszerowali labirynt korytarzy prowadzący do ich pokoju. Gdy tylko
przekroczyli jego próg, blondyn odrzucił zakrwawioną część garderoby i odważył
się spojrzeć na rozmiar zniszczeń. Środkowy i wskazujący palec ucierpiały w tym
straciu najbardziej, rany na nich były dość głębokie i co najbardziej irytowało
blondyna, nie przestawały krwawić. Nagle inne, blade palce wplotły się w jego
własne, delikatnie muskając jego rany i powodując dreszcz biegnący po plecach.
Wzrok bruneta był skupiony na rozcięciach, jego palce, w których nagle pojawiła
się gaza i bandaż, sprawnie zaczęły przesuwać się po palcach blondyna,
opatrując ranę i tamując krwawienie. Erwin śledził idealnie wyważone ruchy
bladych dłoni, precyzję, z jaką bandaż kolejnymi warstwami pojawiał się na jego
ranach. Gdy opatrunek przylegał już ściśle, Levi bez słowa poprowadził blondyna
nad umywalkę i najdelikatniej jak umiał, zaczął zmywać zasychającą na reszcie
poharatanej dłoni krew.
- Nie powinnienieś najpierw oczyścić rany ?
- Za mocno krwawiła. Jak choć troche zaschnie to wtedy ją
przemyjemy.
Czarne kosmyki opadły na kobaltowe oczy, gdy Levi
szorstkim materiałem ręcznika osuszał dłoń blondyna. Erwin z początku spięty,
rozluźnił się całkowicie i poddał dotykowi. Dotykowi, który zwykle on
początkował. I którego nigdy nie chciał wymusić.
- Na małym palcu jeszcze troche zostało. Czekaj...
Brunet nie pozwolił trzymanej przez siebie dłoni i, nie
patrząc w błękitne oczy jasnowłosego, objął jego palec ustami, powoli zlizując
zaschniętą krew. Smith zadrżał na całym ciele, czując ciepły i szorstki dotyk
języka na swojej skórze. Nie czekając dłużej, wsunął zdrowe palce w krucze
włosy i podciągnął głowę Levi’a do góry, by móc bez wahani wpić się w jego
usta. Brunet sapnął cicho, jednak pogłębił pocałunek, obejmując ramionami szyję
Smitha i przyciągając go bliżej. Erwin poczuł metaliczny smak krwi, swojej
krwi, w ustach chłopaka. Zrobił krok w przód, przygwożdżając całowanego do
wąskiego paska ściany oddzielającego umywalkę od prysznica. Levi syknał w usta
blondyna, jednocześnie obejmując go nogami w pasie i zawieszając się na nim
całkowicie. Nagle do ich uszu doszedł głośny odgłos dzwonka, rozbrzmiewający po
korytarzach i zwiastujący pierwszą lekcję. Blondyn z bólem przerwał pocałunek i
spojrzał cierpiętniczo w ciemne źrenice, które iskrzyły nieznanym dotąd
blaskiem.
- Co my mamy pierwsze ?
- Labolatorium chyba.
Erwin przybliżył swoje usta do ucha bruneta i wyszeptał
cicho:
- Wolę ten rodzaj chemii...
W odpowiedzi dostał kolejny pocałunek. Powoli i dwa razy
ostrożniej niż w stołówce przemierzył drogę do swojego łóżka, zwalając się na
nie z owiniętym wokół siebie chłopakiem.
- Na pewno chcesz ?
Levi posłał mu mordercze spojrzenie i zsunął się niżej, by
zręcznie rozpiąć zębami jego spodnie. Blondyn zamknął oczy. Drugi raz nie
zamierzał pytać.
OMG... ja chcę więcej! Nie spodziewałam się, że akacja się tak potoczy. Zaskoczyłaś mnie. No ale super pomysł. Czekam.. Czekam i czekam na więcej! Życzę weny i trochę czasu na pisanie, bo naprawdę świetnie piszesz, a ostatnio jakoś na bloga nic nie dodajesz. Mam nadzieję, że będziesz pisała częściej.
OdpowiedzUsuń