Fanfiction

One-shots

Serie własne

Odpowiedzialny

Żyję. Chyba. Oto dowód. Może marny, ale jest :)



-Dlaczego on się nigdy nie uśmiecha ? – Hanji podniosła wzrok znad swojego talerza, gdzie wygięty widelec toczył zażarty bój z gotowaną marchewką. Jej okulary natychmiast zsunęły się na czubek jej lekko zadartego noska, jednak dziewczyna całkowicie zignorowała fakt.  Mike obdarzył ją znudzonym spojrzeniem i skinął głową w stronę siedzącego kawałek dalej Erwina.
- Też bym się nie uśmiechał, gdybym z nim mieszkał.
Zoe zachichotała w niekontrolowany sposób, skupiając na sobie uwagę kilku siedzących bliżej uczniów. Erwin również spojrzał w jej stronę, jednak po krótkiej chwili ponownie zawiesił swoje błękitne spojrzenie na siedzącym naprzeciw niego chłopaku, który zdawał się byc pogrążony w głębokim zamyśleniu.
- Hanji ma podejrzanie dobry humor z rana...
Brunet otrząsnął się z zamyślenia i prychnął cicho pod nosem. Blondyn rzucił mu łagodne spojrzenie i nic nie odpowiadając zabrał jego talerz razem ze swoim i odnosząc je do okienka w stołówce. Nie uszło przy tym jego uwadze, że Levi ponownie nie zjadł nawet połowy śniadania. Mimo, iż kiedyś Smith całkowicie zignorowałby fakt, teraz każde, nawet najmniejsze posunięcie niskiego współlokatora było dla niego na wagę złota. Na początku nie umiał tego wytłumaczyć, próbował odsunąć od siebie myśli o czarnowłosym. Jednak z czasem zrozumiał, co od jakiegoś czasu działo się w jego głowie. I był pewnien, że nie było to zwykłe pożądanie.
Jestem za niego odpowiedzialny.
Słowa te kotłowały się w głowie jasnowłosego chłopaka, nieraz nie pozwalając mu skupić się na niczym innym. Nie miał dla nich żadnego poparcia. Tak jak nie miał żadnego związku z Levim. Nie musiał o nim myśleć. Nie musiał uspokajać go po kolejnych koszmarach. Nie musiał utrzymywać cholernego porządku w każdym kącie ich wspólnego lokum. Nie musiał. Może nawet nie powinien. Ale robił to. Robił to z uporem maniaka, poświęcając każdą wolną chwilę na bezwiednym pilnowaniu bruneta. Wstając w nocy i domykając okno. Ścierając kurz którego nie było. Gładząc jedwabiste, hebanowe włosy, gdy materac jego łóżka gnął się pod ciężarem ich splecionych ciał. I choć dalej nie umiał rozszyfrować tego dziwnego człowieka, jakim był Levi, to własnie on do reszty opanował jego umysł. Blondyn wiedział, dlaczego. Choć nigdy wcześniej nie doświadczył takiego stanu.
Jestem za niego odpowiedzialny, bo go...
Huk rozbijających się o kafelki talerzy poniósł się echem po pustoszejącej hali. Erwin stracił grunt pod nogami, by po kilku sekundach poczuć tępy ból w biodrze i palcach, gdy jego ciało zwaliło się na podłogę, a prawa dłoń oparła się o rozbite szkło.
- Kurwa, Erwin, żyjesz ?
Przeszkoda na drodze, którą okazała się Hanji, stanęła nad nim i z wyraźnym zatroskaniem przyglądała się krwi kapiącej z rozciętych palców blondyna. Smith potrząsnął głową i powoli wstał, starając się nie zahaczyć o potłuczone naczynia. Posłał dziewczynie zdziwione spojrzenie, jednak po chwili obdarzył ją również łagodnym uśmiechem.
- O ile to nie ty opatrzysz mi te palce, to chyba przeżyję.
Szatynka podniosła wymownie jedną brew, jednak w duchu odetchnęła z ulgą.
- Idź to czymś przemyj, ja posprzątam. Znaj moją łaskę.
- Właśnie poznałem twoje ramię, wystarczy.
Erwin odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi bocznych, mocno ściskając zdrową dłonią krwawiące palce. Ku jego zdziwieniu, czerwone strużki powoli ciekły po jego dłoniach nieprzerwanym ciurkiem, a sama rana zaczynała nieprzyjemnie piec. Blondyn wyczuł ruch za swoimi plecami,kątem oka rejstrując niską postać za nim.
- Nie musisz iść ze mną, zaraz zajęcia.
Szatyn bez słowa podał Smithowi swoją bluzę, do tej pory zawiązaną na jego chudych biodrach.
- Masz, owiń je tym. Upaprałeś korytarz od stołówki.
Erwin spojrzał sceptycznie na wyciągnięty przez Levi’a materiał, jednak posłusznie zastosował się do polecenia. W zgodym milczeniu przemaszerowali labirynt korytarzy prowadzący do ich pokoju. Gdy tylko przekroczyli jego próg, blondyn odrzucił zakrwawioną część garderoby i odważył się spojrzeć na rozmiar zniszczeń. Środkowy i wskazujący palec ucierpiały w tym straciu najbardziej, rany na nich były dość głębokie i co najbardziej irytowało blondyna, nie przestawały krwawić. Nagle inne, blade palce wplotły się w jego własne, delikatnie muskając jego rany i powodując dreszcz biegnący po plecach. Wzrok bruneta był skupiony na rozcięciach, jego palce, w których nagle pojawiła się gaza i bandaż, sprawnie zaczęły przesuwać się po palcach blondyna, opatrując ranę i tamując krwawienie. Erwin śledził idealnie wyważone ruchy bladych dłoni, precyzję, z jaką bandaż kolejnymi warstwami pojawiał się na jego ranach. Gdy opatrunek przylegał już ściśle, Levi bez słowa poprowadził blondyna nad umywalkę i najdelikatniej jak umiał, zaczął zmywać zasychającą na reszcie poharatanej dłoni krew.
- Nie powinnienieś najpierw oczyścić rany ?
- Za mocno krwawiła. Jak choć troche zaschnie to wtedy ją przemyjemy.
Czarne kosmyki opadły na kobaltowe oczy, gdy Levi szorstkim materiałem ręcznika osuszał dłoń blondyna. Erwin z początku spięty, rozluźnił się całkowicie i poddał dotykowi. Dotykowi, który zwykle on początkował. I którego nigdy nie chciał wymusić.
- Na małym palcu jeszcze troche zostało. Czekaj...
Brunet nie pozwolił trzymanej przez siebie dłoni i, nie patrząc w błękitne oczy jasnowłosego,  objął jego palec ustami, powoli zlizując zaschniętą krew. Smith zadrżał na całym ciele, czując ciepły i szorstki dotyk języka na swojej skórze. Nie czekając dłużej, wsunął zdrowe palce w krucze włosy i podciągnął głowę Levi’a do góry, by móc bez wahani wpić się w jego usta. Brunet sapnął cicho, jednak pogłębił pocałunek, obejmując ramionami szyję Smitha i przyciągając go bliżej. Erwin poczuł metaliczny smak krwi, swojej krwi, w ustach chłopaka. Zrobił krok w przód, przygwożdżając całowanego do wąskiego paska ściany oddzielającego umywalkę od prysznica. Levi syknał w usta blondyna, jednocześnie obejmując go nogami w pasie i zawieszając się na nim całkowicie. Nagle do ich uszu doszedł głośny odgłos dzwonka, rozbrzmiewający po korytarzach i zwiastujący pierwszą lekcję. Blondyn z bólem przerwał pocałunek i spojrzał cierpiętniczo w ciemne źrenice, które iskrzyły nieznanym dotąd blaskiem.
- Co my mamy pierwsze ?
- Labolatorium chyba.
Erwin przybliżył swoje usta do ucha bruneta i wyszeptał cicho:
- Wolę ten rodzaj chemii...
W odpowiedzi dostał kolejny pocałunek. Powoli i dwa razy ostrożniej niż w stołówce przemierzył drogę do swojego łóżka, zwalając się na nie z owiniętym wokół siebie chłopakiem.
- Na pewno chcesz ?
Levi posłał mu mordercze spojrzenie i zsunął się niżej, by zręcznie rozpiąć zębami jego spodnie. Blondyn zamknął oczy. Drugi raz nie zamierzał pytać. 

1 komentarz:

  1. OMG... ja chcę więcej! Nie spodziewałam się, że akacja się tak potoczy. Zaskoczyłaś mnie. No ale super pomysł. Czekam.. Czekam i czekam na więcej! Życzę weny i trochę czasu na pisanie, bo naprawdę świetnie piszesz, a ostatnio jakoś na bloga nic nie dodajesz. Mam nadzieję, że będziesz pisała częściej.

    OdpowiedzUsuń